środa, 31 grudnia 2014

Księżyc na drzewie: Epilog

WSZYSTKIM CZYTELNIKOM ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! OBY WSZYSTKIE WASZE PLANY ZREALIZOWAŁY SIĘ JAK NAJKORZYSTNIEJ. :*

Kocham Was, ale ostatnio brakuje mi coś weny i czasu do pisania. :/

Przepraszam bardzo za opóźnienia!
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
   Kilka gorących dni - i nocy - później przyszedł czas, aby odebrać podopiecznego Lotty'ego z obozu. Bardzo się denerwowałem na ten moment. Wiele słyszałem o łobuzerskim chłopaku, a raczej większość wyczytałem o nim z umysłu partnera. Miałem tremę. Bałem się, jak Alex zareaguje na kolejne, dość raptowne zmiany w ich życiu. Teraz cała nasza trójka musiała poradzić sobie z nową sytuacją.
   Jechaliśmy dużym terenowym samochodem przez rozgrzane letnim słońcem asfaltowe drogi, mknąc w nieznane strony. Nawigacja co jakiś czas odzywała się, wskazując swym cyber-głosem naszą dalszą drogę. Lotty prowadził pojazd bardzo sprawnie. Raz po raz ocierał się dłonią o moje odsłonięte kolano. Miałem na sobie dość krótkie szorty w kolorze khaki oraz czarny, prosty podkoszulek na ramiączkach. Mój kochanek ubrany był w dżinsowe rybaczki i czarną koszulkę z nadrukiem zespołu.
   Zerknąłem na jego śliczną twarz i aż się zagapiłem. Nadal uderzała mnie jego uroda. Blond włosy rozwiane letnim zefirkiem, wesołe, jasne, błyszczące oczęta, usta wykrzywione w przyjemnym uśmiechu, a na ciepłej, złotej skórze igrały promyki tegoż samego koloru.
   - Dlaczego mi się tak przyglądasz, kochanie? - zapytał, nie odrywając uwagi od jezdni.
   - Ja... bo... - westchnąłem. - Jesteś piękny, skarbie - wydukałem.
   Zakręcił w jakąś polną drogę, a jego brwi i czoło były nieco zmarszczone. Zatrzymał wóz.
   Zaniepokoiłem się.
   - Zgubiliśmy się? - zapytałem, gdy wysiadł z samochodu i zaczął okrążać pojazd. Wyjrzałem przez okno właśnie w tym momencie, kiedy otworzył drzwi od mojej strony. Miał dziwną minę, aż pomyślałem, że go zdenerwowałem. Wtedy położył mi jedną rękę na karku, a drugą na biodrze. Przysunął się do mnie i wtedy dostrzegłem całkiem inny błysk w jego oczach, niż chwilę temu, a na różowych ustach wykwitł mu przepiękny, olśniewający wręcz uśmiech.
   - Nie - rzekł tylko tyle.
   I przystąpił do skutecznego powstrzymywania mnie przed dalszym, bezsensownym gadaniem. Obie pary drżących warg spotkało się w tęsknym pocałunku. Nasze ciała natychmiast zareagowały na pieszczoty.
   Po omacku odpiąłem swój pas bezpieczeństwa i nie odrywając się od ust Lotty'ego, wysiadłem, chwytając się jego ciała. Byliśmy podobnej postury, a temperament z nas obu wylewał się jednakowo, także nie raz musieliśmy grać w "Kamień, papier, nożyce", czyja dzisiaj kolej. Niemniej oboje byliśmy raczej uniwersalnymi kochankami. Teraz już wiadomo było, że to Lotty przejmuje dowodzenie. Oparł mnie o samochód plecami, dopóki nie otworzył tylnych drzwi. Z tyłu była kanapa, więc gdy tylko drzwiczki się otworzyły, pchnął mnie do środka, a ja pociągnąłem go za sobą. Czując, że jestem twardy, zacząłem się ocierać o partnera będącego w nie gorszym stanie.
   - Doigrałeś się, kotku - warknął jeszcze gorąco, zanim zanurkował pomiędzy moimi rozsuniętymi udami.
                                                                               ***      
  *Półtora godziny później*
   Siedziałem zarumieniony na fotelu obok kierowcy, Lotty wesoło uśmiechnięty pogwizdywał za kierownicą, a za nami na kanapie, gdzie przeżyliśmy swe płomienne chwile, siedział nieco nadąsany Alex. Był ładnym chłopcem, lecz raczej siedział cicho, a kiedy już się odzywał, był raczej opryskliwy i nie przebierał zbytnio w słowach. 
   - Synu, jak obóz? 
   Odpowiedziało mu tylko niechętne spojrzenie nastolatka. Atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Tylko Lotty zdawał się jej nie zauważać. 
   - No, dobra. O co chodzi? 
   - Erghm! Co to jest, to na suficie nad moją głową?! Oby to nie było...
   Na to jeszcze mocnej spłonąłem. Łudziłem się, że tego nie zauważy... 
   - Synu, wydaje mi się, że ty już powinieneś dobrze wiedzieć, co to takiego. Masz już osiemnaście lat! 
Pha ha ha!  - Mój kochanek nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Do tego nasze miny - moja - zażenowana, Alexa - zniesmaczona - tylko spotęgowały nagły wybuch. 
   - ...Fuj... - powiedział jeszcze zrezygnowany, zanim osunął się na siedzeniu i założył słuchawki na uszy. Popłynęła z nich muzyka tak głośna, że nawet mnie zabolały od tego uszy. Nastolatek zaczął kiwać jeszcze głową do rytmu i zamknął oczy. Przynajmniej wiedziałem, że słucha dobrej muzyki, co wywnioskowałem po nieco stłumionych, dobiegających mnie z tyłu metalowych riffach basu i gitary elektrycznej. Znałem ten kawałek. 
    Spojrzałem na partnera, który wyrwał mnie z moich rozmyślań, kładąc mi dłoń na udzie w geście wsparcia. 
   Powodzenia.
   Dla nas wszystkich, ukochany. 

KONIEC.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jest to oczywiście koniec części II. :) 
Wydaje mi się, że chyba wszyscy są w stanie się domyślić, co mogło być na suficie nad biednym Alexem :D 
Pozdrawiam, 
Oli <33

piątek, 7 listopada 2014

Księżyc na drzewie V

Jeju, bardzo mi przykro, że Was tak ostatnio zaniedbuję, ale ciągle mam coś do zrobienia, cały czas jestem zajęta... A kiedy już wszystko zrobię, po prostu nie mam już siły przepisywać rozdziały na kompa... :/ Ostatnimi czasy jestem bardzo zmęczona i nie wyrabiam się z codziennymi obowiązkami, lecz obiecałam sobie, że w jak najszybszym czasie przejdę na "pracowity tryb" i mam nadzieję, wtedy już będzie z tym wszystkim lepiej. :) Proszę tylko o jeszcze trochę cierpliwości co do mojej osoby oraz pracy. 

Bez dalszych wstępów zapraszam do czytania. Jest to ostatni rozdział tej części trylogii, ale będzie jeszcze Epilog, więc bez obaw! ;) 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
   Po jakimś czasie mury zmysłowej sypialni wypełniały jęki, westchnienia, okrzyki zachwytu. Dźwięki rozchodziły się po ścianach, przyprawiając ciała dwóch mężczyzn o dreszcze przyjemności. Poruszali się w pierwotnym, namiętnym tańcu. Intymne połączenie dodawało im odwagi i pewności siebie. Mięśnie falowały płynnie pod skórą, umysły splatały ze sobą, jakby to była najnaturalniejsza rzecz, do której zostali stworzeni.
   Głębokie, silne, a za razem ostrożne pchnięcia doprowadzały Lotty'ego do utraty zmysłów. Patrzył nad sobą na pogrążoną w ekstazie twarz partnera. W tym momencie czuł się jak wniebowzięty. Partner za każdym razem celnie trafiał w jego prostatę, wywołując z jego ust gorące morze westchnień. Jego namiętny wzrok i szept doprowadzały młodszego mężczyznę do szaleństwa. On sam nie był w gorszym stanie - rozpalony, ledwo powstrzymujący swoje ciało przed zbyt gwałtownymi ruchami.
    Chwilę później obaj zasapani, spoceni, umęczeni i zaspokojeni leżeli nadal ze sobą spleceni w splątanej pościeli. W powietrzu unosił się aromat ich wcześniejszego uniesienia, a pościel nosiła na sobie dumnie niezbite dowody tego zajścia.
   ***
   Nadal z niego nie wychodziłem. Tam, w środku było mi tak przytulnie...
   - Kochanie, możesz już - och! - wyjść - szepnął Night.
   - Hmm, nie wiem, czy mogę. - Przygryzłem płatek jego ucha i pchnąłem w niego jeszcze raz, mocniej, kiedy się tego nie spodziewał, w skutek czego jego ciało przesunęło się gwałtownie w stronę zagłówka. Gdybym szybko nie zamortyzował uderzenia, wplatając palce w złociste kosmyki, mógłby rozbić sobie głowę o karminową ścianę. Oboje zaśmialiśmy się w głos na to wydarzenie, a ja westchnąłem, kiedy ścianki ciasnego tunelu zacisnęły się na mnie jeszcze mocniej niż do tej pory.
   - Oo! Podoba się? - zauważył.
   I zrobił to ponownie.
   - Ach! Mmm... ha... Masz ochotę na kolejną rundkę?
   - Z tobą zawsze - szepnął, po czym nasze usta złączyły się w kolejnym tańcu pobudzającym zmysły. Sięgnąłem pomiędzy naszymi rozgrzanymi ciałami i ścisnąłem jego członek w dłoni. Zacząłem nią szybko poruszać, nadal spijając dźwięki, które z siebie wydawał prosto z jego ust. Och, miał przesłodkie usta!
   - Aaaach! ...Zabijesz mnie.
   - Nigdy. - Cmoknąłem go w te słodkie wargi.
   - To... rób to... szybciej lub mocniej... i kochaj się ze mną!
   - Spokojnie, niecierpliwusku.
   Wtedy złapał mnie za biodra i przycisnął mocniej do siebie. Następnie odepchnął i znów przyciągnął.
   - Nie. Wytrzymam. Dłużej. Ruszaj się!
   W końcu mu uległem. Znów poruszałem biodrami w rytmie, który odnajdywały wszystkie stworzenia; zdawać by się mogło, że był on niczym "pierwotny", zakodowany w naszych genach.
   Patrzyłem prosto w jasne oczy blondyna. Bardzo podobało mi się, jak na mnie reaguje; byłem zachwycony jego zachowaniami wobec mnie. W chwili zapomnienia uświadomiłem sobie, że oboje przeżyliśmy właśnie kolejne niesamowite spełnienie, do którego nas oboje doprowadziłem. Zmęczony opadłem na jego piękne ciało, wcześniej wysuwając się z niego, zapobiegając kolejnej wyczerpującej rundzie.
   Leżeliśmy wtuleni w siebie, odpoczywając, łapiąc oddech. Blondyn trzymał głowę na mojej piersi, jedną nogę miał przerzuconą przez moje, a ręką obejmował mnie za szyję. Jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze, jak mając u boku tego faceta. Wilkołaka. 
   Nagle chłopak podniósł wzrok znad mojej piersi, by na mnie spojrzeć, bo roześmiałem się na głos. Uniósł jedną brew do góry, a jego mina wyrażała milczące pytanie.
   - Wilczy apetyt - wyjaśniłem, krztusząc się niemalże od śmiechu.
   - Niesamowicie szybkie, wampirze - prychnął, unosząc już obie zgrabne brwi. Cmoknął mnie w usta i teraz to on zaśmiał się z mojej prawdopodobnie bezcennej miny. Po chwili jednak spoważniał, patrząc mi w oczy.
   - Co jest?
   - Obóz, na którym jest Alex, kończy się za dwa dni i... będę musiał po niego jechać. Muszę jeszcze znaleźć dom w pobliżu oraz...
   - Hola - westchnąłem, wypuszczając powoli powietrze. - Znalazłeś już dom. Twój dom jest tutaj, przy mnie. Nie pozwolę ci odejść, kiedy nareszcie jesteś. - Widząc, że blondyn chce coś powiedzieć, podniósł dłoń, przerywając mu gestem. - Alex... także może z nami - podkreśliłem - zamieszkać, jeżeli tego zechce. Nie mam ochoty rozdzielać cię z bliskimi. Sam mam brata, a on rodzinę, która do tej pory pomagała mi przetrwać. Nie wiem, jak moje dalsze życie bez nich by wyglądało. - Na koniec uśmiechnąłem się ciepło.
   - Dobrze, skarbie, jednak sądzę, że Alex może mieć spory problem z zaaklimatyzowaniem się w twoim... naszym domu - poprawił się, kiedy wyprostowałem palec wskazujący.
   - Dlaczego on tak nienawidzi wampirów?
   - O tym musi sam zdecydować, czy zechce ci powiedzieć. Przykro mi, ale takie jego prawo, jest dorosły.
   - Dobrze. - Uśmiechnąłem się.
   - To... przedstawisz mi swoją rodzinę?
   - Oczywiście. -  Cieszyłem się, że chce poznać moich bliskich. To mogło znaczyć, że chce ze mną zostać, na co miałem wielką nadzieję. - Miałem ich zaprosić jutro na grilla. Będzie mój brat, jego partner oraz ich dzieci.
   - Mają dzieci? Swoje własne?
   - Tak. Ich syn, Lucas, ma szesnaście lat, a córeczka, Abby, sześć.
   - To całkiem duża różnica wieku.
   - Cóż, dla wampirów to nie ma znaczenia. - Wzruszyłem ramionami. - Później się z nimi skontaktuję.
   - W porządku. - Ziewnął i przeciągnął się leniwie. - A teraz idźmy, proszę, spać. Jestem wyczerpany. Później porozmawiamy - szeptał coraz ciszej.
   - Śpij, mój wilczku - złożyłem delikatny pocałunek na jego głowie.
   - Gabe - mruknął jeszcze sennie i zanim zasnął, szepnął z ustami wykrzywionymi w chytrym uśmiechu: - Nadal cię czuję... Tam w środku, tak głęboko... tak dobrze.
   I zasnął.
   Niech mnie szlag, jeśli nie poczerwieniałem na twarzy i na powrót znów nie stałem się twardy jak skała!
   To będzie długa noc. Będzie ciężko, ech.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję za uwagę. :)
Pozdrawiam,
Oli :3

niedziela, 19 października 2014

Księżyc na drzewie IV

   Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem, ale obudziłem się w ramionach mojego... partnera. Po tym, co usłyszałem, wolałem go tak nie nazywać, ale taka była prawda, której nie zmienię, nawet jeśli bym go nie przyjął. 
   Patrzył na mnie z troską. Wtedy przypomniałem sobie znów dokładnie jego słowa, które wypowiedział do telefonu i dlaczego moje policzki są teraz mokre od łez, a głowa i serce pękają z bólu. Pojedyncza łza znowu spłynęła z moich zmęczonych oczu, ale Lotty szybko ją starł drżącymi ustami. 
   - Ciii...- szepnął mi do ucha, gdy zaszlochałem na jego czułości. - Daj mi to teraz wytłumaczyć - mówił cicho, błagalnym tonem. - Nie dałeś mi szansy i wyciągnąłeś wnioski o przeciwnym znaczeniu do tego, jakimi były w rzeczywistości. 
   Nadal nie chciałem na niego spojrzeć, więc chwycił moją głowę w obie ręce i odwrócił w swoją stronę, szukając mojego wzroku. 
   - Osoba, z którą rozmawiałem przez telefon... - zaczął, ale nie dałem mu dokończyć. 
   - Powiedziałeś temu "Komuś", że go kochasz - wykrztusiłem z siebie zdanie, które wypowiedziane, po raz kolejny zakuło mnie w serce. Patrzyłem na niego, wyczekując zaprzeczenia, ale przecież słyszałem, co powiedział na pożegnanie. 
   - Tak - odezwał się w końcu. - I nie skłamałem. Rozmawiałem z... jakby to powiedzieć... moim synem. - Widząc, że jestem blisko kolejnego ataku histerii, szybko wyjaśnił. - On nie jest moim rodzonym synem. Nigdy z nikim nie byłem aż tak związany. Adoptowałem go kilkanaście lat temu, gdy spotkałem go przemarzniętego i wystraszonego. Zabrałem go do siebie, zaopiekowałem się nim. Jestem mu jedyną bliską osobą. Nie ufa nikomu, oprócz mnie. To wszystko przez to, co go spotkało, kiedy miał ze cztery latka. Ale o tym powinien sam ci opowiedzieć, jeśli będzie chciał... i jeśli ty zachcesz nas w swoim życiu. Teraz, ponieważ jest lato, jest na obozie muzycznym. - Oczy mu błyszczały, kiedy mówił o chłopaku. - Chciałbym, żebyś go poznał. Uwielbia śpiewać, grać i tańczyć. Dawno do mnie nie dzwonił, niedługo jadę go odebrać, bo kolonia się kończy. Bardzo chciałbym, abyś pojechał ze mną. On jest moją rodziną, ty też od teraz nią jesteś, ale nie zostawię Alexa samego. Musisz zrozumieć, że jeżeli chcesz mnie, musisz wziąć mnie "w pakiecie" z synem. Gabrielu, od teraz chcę, aby łączyło nas coś więcej. - Mówiąc ostatnie zdanie, wbijał się wzrokiem w mój. Podniosłem głowę, uklęknąłem przed nim, przyciągnąłem jego głowę do siebie i wpiłem się ustami w jego, niczym dzikie zwierze. Otworzył usta, zapraszając mnie do środka. Wepchnąłem język pomiędzy jego chętne wargi i nasze języki zaczęły namiętny taniec, sprawiając nam obu przyjemność. 
   Och, rany, jaki on jest słodki!
   Zjechał dłońmi po mojej klatce piersiowej, następnie po brzuchu, aż do rantu mojej koszulki. Wsunął ręce pod nią i pogłaskał moją skórę. Szczypał moje sutki, nie odrywając się od moich ust, z których spijał każdy jęk, każde westchnienie przyjemności. 
     - Och, Lotty - szepnąłem mu do ust, nie przerywając kontaktu naszych ciał. 
   Niezgrabnie, nie chcąc się od siebie zbytnio oddalać, wstaliśmy z zimnej podłogi w kuchni. Chwyciłem go za rękę i pobiegłem w stronę schodów, które prowadziły na górę. Nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będziemy w moim łóżku. Wtem zostałem pchnięty na ścianę. Zatrzymał mnie w połowie schodów. Zacząłem się bać, że "widząc" moje myśli, Lotty nie zechce ich spełnić. Co prawda, mówił, że jesteśmy partnerami i że on to rozumie, lecz może nie być gotowym na takie zbliżenie się cielesne. Przecież znamy się dopiero od kilku godzin, a ja już ciągnę go do łóżka, nie zadając sobie zbędnego trudu, by sprawdzić, co on czuje w tej kwestii. Kierowałem się wyłącznie własnymi żądzami...
   - Przestań tyle myśleć! - skarcił mnie najwyraźniej rozdrażniony. Głupio się poczułem. - Skończ już z tym - już łagodniej starał się doprowadzić mnie do porządku. Tak długo czekałem na kogoś, kto będzie właśnie tak mnie upominał, pomagał pozbyć się niepotrzebnych myśli. Czekałem na kogoś, kto będzie mnie kochał, szanował i wielbił - z wzajemnością. A jeżeli zdoła mnie pokochać takiego, jakim jestem, to i ja będę w stanie go pokochać. Głęboko w to wierzę. Ktoś, komu będzie zależeć na mnie tak samo, jak mnie na nim. Byłbym szczęśliwy, mogąc dzielić moje życie z kimś takim. Cóż może być większym powodem do dumy, niż świadomość, że masz przy sobie kogoś, kto, mimo wszystko zostanie z tobą do końca świata, czy tego chcesz, czy nie? Uważam, że jest to najważniejszą rzeczą, do której dążę. Moim marzeniem od zawsze było "być czyimś marzeniem".
   - Gabrielu... - wyszeptał już mocno wzruszony Night. - Na pewno będziemy mogli przeżyć ze sobą wspaniałe życie, a los wiedział jak nas sparować, mając takie same marzenia, żyjąc tymi samymi pragnieniami. Naprawdę, nie wiem, jak bez ciebie żyć, a życie z tobą byłoby największym zaszczytem. Nie zasługuję na to, ale ciągle i zawsze będę się starał, by i tobie żyło się ze mną dobrze. Czeka nas wieczne szczęście. Obiecuję ci to. Obiecuję. Na zawsze.
   Przy ostatnich słowach, gdy patrzyłem w jego jasne oczy, jego głos się załamał, zwilgotniał. Jednakże widziałem i wyczuwałem w nim szczerość. Na jego przystojnej twarzy malowała się czułość tak wielka, że... nie umiem określić tego jakimikolwiek znanymi mi słowami.
   Pocałowałem go.
   W tym momencie nastrój, który ostatnio ulotnił się niezauważony, teraz powrócił z wielkim hukiem. Przycisnął mnie mocniej do ściany. Namiętność uderzyła w naszą dwójkę o wiele silniej, niż do tej pory. Blondyn gwałtownie podniósł mnie na ręce tak, że moje nogi swobodnie objęły go w pasie.
    - Silny jesteś, kochanie - zamruczałem w jego usta, zanurzając palce w jego miękkich włosach.
    - Jak na wilkołaka przystało, nie uważasz? - zapytał zadziornie, podgryzając płatek mojego ucha. Nie zdziwiło mnie to wyznanie. Myślą przesłałem mu, gdzie ma się skierować, aby dotrzeć do sypialni, a on bez najmniejszego trudu mnie tam zaniósł.
   Nie dbając o zamykanie drzwi, popędził prosto do łóżka, co bardzo mnie ucieszyło. Zaczęliśmy wzajemnie wyswobadzać się z ubrań. Śmialiśmy się dużo przy tym, gdy nasze zaplątały się tak, że sami nie wiedzieliśmy, co właściwie robimy, a przy każdym takim wypadku, obdarzaliśmy się drobnymi pocałunkami. W końcu, gdy byliśmy już zupełnie nadzy, a ciężka pościel,okrywająca nasze ciała od pasa w dół, tworzyła dwa maszty nad naszymi nogami wsunąłem rękę pod poduszkę, a kiedy ją wyciągnąłem, w mojej dłoni spoczywała niewielka tubka z zapachowym żelem.
   - Zawsze ubezpieczony, co, tygrysie? - zapytał ze śmiechem w głosie, soczyście oblizując swoje usta.
   - Lepsze to, niż improwizacja - odpowiedziałem lekko speszony, kiedy podniósł pościel, odsłaniając nasze nagie ciała przed głodnymi spojrzeniami dwóch dzikich par oczu.
   - Czasami i to może być dobre, kociaku - powiedział unosząc się nade mną, wsparty na rękach po obu stronach mojej głowy. Ugiął ręce w łokciach, mięśnie malowniczo zagrały pod złotą skórą, ponownie pocałował mnie w usta.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że dopiero teraz, ale jestem zaganiana, na nic nie mam ostatnio czasu i nie wyrabiam się zwyczajnie! :( Liczę, że się podobało, ciąg dalszy oczywiście w następnym wpisie. ;) Dziękuję, za Wasze komentarze, naprawdę podnoszą one na duchu. <3
Kocham, pozdrawiam wszystkich czytelników (tych cichych, jak i również tych komentujących) :**
Życzę udanego tygodnia,
Oli <3 

sobota, 11 października 2014

Przepraszam za usterki ;)

Przepraszam za usterozdziału. Co najwyżej jutro, ale niestety dopiero późnym wieczorem. :/

sobota, 4 października 2014

Księżyc na drzewie III

   Długo siedzieliśmy tak razem, wpatrując się w blask ognia na tle czarnego nieba, wdychając swój zapach, wymieszany z aromatem towarzyszącym pożądaniu. Mało się odzywaliśmy, ale "rozmawialiśmy" ze sobą w myślach. Gdy na przykład on wysyłał myśl z pytaniem, ja wysyłałem odpowiedź obrazową, która jest cenniejsza i wyraża więcej.
   Lekko opierałem się o pierś Lotty'ego, czując bicie jego serca, spokojny oddech. Pokochałem tę chwilę. Kiedy nic nam nie przeszkadza. Kiedy liczy się tylko nasza obecność.
   Ogień zaczął przygasać, a było już dość późno i zbyt zimno, aby rozpalać go na nowo. Wstaliśmy więc z trudem z ziemi. Byliśmy odrętwieliśmy lekko, więc trochę się porozciągaliśmy. Lotty zamruczał misko, wyginając plecy, ciągnąc ręce w tył. Jego biodra były wypchnięte do przodu, a na dźwięk, jaki się wydostał z jego gardła, znów stałem się twardy. Lotty, zupełnie nieświadomy mojego stanu albo nic nie chciał dać po sobie poznać, powrócił do pionu. Staliśmy przez chwilę, patrząc na siebie nawzajem.
   Nagle rozdzwonił się telefon, a z głośników urządzenia rozbrzmiał głośny metalowy utwór. Lotty zmarszczył czoło, wyciągnął komórkę i przeciągnął palcem po szybce, patrząc, kto dzwoni. Popatrzył na mnie, a gdy zdziwiony skinąłem głową, odebrał. Jestem ciekawy, kto mógłby do niego dzwonić o tej porze? Zdałem sobie sprawę, że gdy będzie rozmawiał, należałoby zostawić go samego; dać mu trochę prywatności. Wziąłem go więc za rękę i poprowadziłem do mojego domu, kiedy przykładał telefon do ucha. Ścisnął moje palce w swojej dłoni.
   - Cześć, Alex - przywitał się z rozmówcą z uśmiechem na twarzy.
   Puściłem go zaraz po przekroczeniu progu i udałem się od razu do kuchni. Słysząc imię osoby po drugiej linii, zmroziło mi krew w żyłach. Starałem się zachować jak największą odległość od mojego partnera, ale mimo iż znajdowałem się już po drugiej stronie mojego domu, nadal go słyszałem, co zadawało mi niesamowity ból. Ciągle słyszę jego głos, mówiący do innego faceta.
   - Czemu tak rzadko dzwonisz? Przecież dobrze wiesz, że zawsze jestem dla ciebie wsparciem! - Słyszałem, jak mówi do aparatu z wyrzutem. Wpadłem na pomysł zrobienia nam gorącej czekolady celem ogrzania i zrelaksowania, jak i również zajęcia czymś moich myśli.
   Kiedy już zrobiłem kakao i niosłem dwa kubki do salonu, w którym siedział mój partner, miałem dziwne wrażenie, że gdy tam wejdę, usłyszę coś, czego nie powinienem. Ja jednak uparcie szedłem naprzód, dzielnie przekraczając próg salonu. Lotty zerknął na mnie i szybko rzucił do słuchawki:
   - Jest już późno, idź już spać, słonko. - Chwilę później słuchał odpowiedzi. Ja słyszałem tylko szumy, mimo iż mam rewelacyjny słuch, dźwięk w telefonie został ściszony do minimum. - Dobrze, obiecuję, już kilka dni się zobaczymy. - Odpowiedź. - Kocham cię, Alex.
   Na te słowa nie wytrzymałem. Ja w końcu też mam swoje granice, a moje przeczucie okazało się słuszne. "Kocham cię, Alex"! Powiedział tak! Mimo że znamy się dopiero kilka godzin, to przesada - patrzeć się w oczy partnera i powiedzieć to do kogoś innego!
   Nie wiem, kiedy zdążyłem odstawić kubki, aby się nie stłukły, ale teraz nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Wybiegłem z pomieszczenia, by nie przebywać z Night'em w jednym miejscu.
   Chamstwo! Jak on tak mógł?! Dlaczego...? Dlaczego to właśnie on ma być moim partnerem?
   Wróć. On już nim jest.
   Wbiegłem zapłakany z powrotem do kuchni, klęknąłem w kącie, zwijając się w psychicznym bólu. Słyszałem jak blondyn wbiega za mną i klęka przy mnie. Czułem, jak jego ramiona otaczają mnie ze wszystkich stron. Próbowałem się odsunąć, ale on mocno trzymał.

niedziela, 28 września 2014

Księżyc na drzewie II

  Siedziałem na obalonym pniu drzewa. Rozpaliłem już ognisko i wpatrywałem się w czerwony ogień, który zdawał się wściekle rzucać, starając się uciec z drzewna, na którym go rozniecono. Uwielbiam ciepły blask ognia. Czy to w kominku, na dworze, czy jest to choćby mały płomyk świeczki. Uspokaja mnie i wprowadza w swego rodzaju, dość osobliwy trans. 
   Siedziałem tyłem do drzew. Nie słyszałem, nie widziałem, ale czułem, że się zbliża. Uśmiechnąłem się pod nosem na myśl, że mój partner także lubi takie podchody. Nie nastraszyć, ale zaskoczyć. 
   Zobaczyłem ciemność przed oczami, poczułem delikatne dłonie przyłożone do mich policzków, a elektryczność między moją skorą a tymi dłońmi upewniła mnie, że to na pewno Lotty. Przykryłem jego ręce swoimi. 
    - Lotty - wyszeptałem z szerokim, dumnym uśmiecham na twarzy. Poczułem, jak zbliżył głowę do mojej. 
   - Bingo, słodki - szepnął, podskubując moje ucho delikatnie zębami. Na ten gest, moje ciało automatycznie ożyło i zadrżało od napływu wrażeń. 
   Lotty wskoczył na miejsce obok mnie. Pochylił się w bok, w skutek czego szturchnął mnie ramieniem. 
    - Ach. Myślałem, że będzie trochę cieplej - powiedział z dziwnym wyrazem twarzy, pocierając ręce od łokcia aż do ramion. Miał na sobie tylko błękitny T-shirt z głupawym nadrukiem, jasne przecierane Jeansy i czarne trampki. Ściągnąłem swoją bluzę i objąłem go nią. 
   Wstałem z zamiarem pójścia do domu po jeszcze jedną, ale wtedy złapał mnie za rękę. 
   - Nie idź. Zmieścimy się - powiedział, rozkosznie odejmując poły bluzy od siebie. - Obydwoje wiemy, że jesteśmy partnerami. przecież nic nam to nie zaszkodzi. 
    - Racja. Myślałem tylko, że może zrobić się niezręcznie. Prawie się nie znamy. - Wstając, patrzył mi zadziornie w oczy. 
   - Jestem tu właśnie po to, abyśmy się poznali. Więc czy moglibyśmy sobie to ułatwić? 
   Blondyn objął mnie w pasie i pociągnął w swe ramiona. Był ode mnie niższy około dziesięciu centymetrów, ale nie przeszkadzało mi to. Faktycznie, musiało mu być zimno, bo miał chłodną skórę i trochę się trząsł. Jednak wiem, że gdyby nie zaplanował tego co teraz, wziąłby ze sobą bluzę. Ale cieszyło mnie to, z jaką łatwością przyjął mnie na swojego partnera, mimo że obaj jesteś my facetami. Ja też go objąłem pod ciepłym materiałem i opuściłem lekko głowę. 
   - Więc poznajmy się. 
   Uśmiechnął się, a w jego policzkach pokazały się urocze dołeczki, które chciałem ucałować. 
   - A co byś chciał o mnie wiedzieć? 
   - Po pierwsze, jak masz na imię? 
   - Lotty. - Chciał się odsunąć, ale mu na to nie pozwoliłem i przytuliłem mocniej do siebie. Czułem, że coś leży na rzeczy. Musiałem się dowiedzieć, o co chodzi, bo bardzo chciałem mu pomóc, ale jeśli mi nie powie, nie będę mógł tego zrobić. 
   Przycisnąłem go mocno do piersi, chcąc go trochę zachęcić do otworzenia się. Spojrzałem mu w oczy, by wiedział, że mam dobre chęci. 
   - Będziesz się śmiał. - Bardzo tego nie chciał. To było wypisane na jego twarz. W sposobie, w który marszczył brwi, zaciskał usta. 
   - Nie ma powodu do śmiechu - zapewniłem. 
   - Dobrze, ale chcę coś w zamian - powiedział chytrze. 
   - Co takiego? 
   - Pewność, że moje imię ci nie przeszkadza. 
 - Zrobię wszystko. - Byłem przekonany, że uczynię wszystko, byleby tylko Lotty czuł się swobodnie; żeby Lotty czuł, że może mi ufać. 
   Długo patrzył w moje oczy, zanim odważył się odpowiedzieć na pytanie.
   Wziął głębszy oddech i wypuszczał go powoli, podczas, gdy ja głaskałem go uspokajająco po plecach długimi ruchami dłoni. 
   - ...Charlotte - powiedział w końcu. Miał zaróżowione policzki. Wstydził się. Wstydził się własnego imienia. Wiedziałem, że bał się, że będę z niego szydził. Moja reakcja była dla niego bardzo ważna.
   Zaskoczyło mnie jego imię, ale to nie miało znaczenia, bardziej to, że już go znalazłem i więcej nie wypuszczę. Widziałem, że jego oczy nieznacznie zabłyszczały w blasku ognia. 
   - Co mam zrobić, aby ci udowodnić, że nie jest to dla mnie powodem do śmiechu, skarbie? - zapytałem niskim głosem, na który jego ciało zadrżało wcale nie z zimna, a jasne oczy przybrały ciemniejszych, głębszych odcieni.
   Jego dłonie były mocno zaciśnięte na mojej koszulce. Wyciągnąłem ręce, unosząc je do jego pięknej twarzy. Opuściłem wzrok na jego usta, ale tylko tyle odważyłem się zrobić. Nasze twarze dzieliło od siebie tylko kilka marnych centymetrów. 
   - Powiedz mi - szeptałem, ledwo trzymając się w ryzach. Lotty rozchylił lekko usta, a by,l to gest tak zmysłowy, że prawie eksplodowałem w spodniach. Ręce mężczyzny powędrował do mojego karku, a jego palce zanurzyły się w moich długich włosach. 
   - Pocałuj mnie. - Tyle wystarczyło, abym opuścił głowę i wziął w posiadanie jego piękne, pełne, słodkie usta. 
   Oboje jęknęliśmy z rozkoszy, Nasze biodra przylgnęły do siebie. Poczułem, że nie tylko ja jestem blisko wybuchu. Jego ręce zjechały do moich pośladków i objęły je. Popchnąłem blondyna delikatnie na pień, a sam uklęknąłem przed nim. Jego dłonie nie odrywały się od moich pośladków. 
   Otworzyłem usta, by zaczerpnąć powietrza, a on skorzystał szybko z tej okazji i wepchnął język do mojej buzi. Ja też złapałem go za tyłek. Taki idealny pod moim dotykiem, nawet przez jego Jeansy. Idealny i tylko mój. 
   Jestem wampirem i żyję najdłużej ze wszystkich istot nadprzyrodzonych, jakie do tej pory poznałem, a jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś, kto pasowałby do mnie tak perfekcyjnie. 
   I obym nigdy więcej nie spotkał. 
   - Lotty - wyszeptałem tuż przy jego wargach. Oderwaliśmy się od siebie. Zsunął się z pnia, usiadł przede mną w sporym rozkroku, przysyłając mi intuicyjnie, żebym usiadł pomiędzy jego zgrabnymi nogami. Z radością przystałem na jego propozycję, przyjmując pozycję, w której mogłem wygonie oprzeć się o jego klatkę piersiową. Podciągnąłem kolana pod brodę, a on objął mnie swoimi kochającymi ramionami w pasie.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wybaczcie, że tak krótko, ale nie mam już siły wydłużać tego, co mam zapisane na brudno w zeszycie. Poza tym, musiałam się streszczać, żeby zdążyć jeszcze przez weekend. :)

Pozdrawiam,
Oli. 

środa, 24 września 2014

Księżyc na drzewie I

Wiem, wiem! Już dawno miało być... Ale nie bijcie, nie jedzcie, nie krzyczcie na autorkę, gdyż to nie jej wina! :x No, może troszkę... jest zbyt leniwa, ale to wszystko przez szkołę, wyjścia i koncerty, i w ogóle... Już mi troszku siły brakło. :/  
No, cóż. Jeszcze raz bardzo przepraszam, następny rozdział postaram się przepisać szybciej, bo później tak to wygląda. 
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
   Las, w którym jakiś czas temu zdecydowałem się zamieszkać, do tej pory był niezbadany. Mimo tego albo dlatego - tego nie zdecydowałem - uwielbiałem spacerować wśród zieleni drzew, znajdować różne przepiękne miejsca, jaskinie i przepiękne łąki. Jednak moim ulubionym miejscem jest wodospad. Jasnoszare skały pnące się ku górze, otoczone wysokimi drzewami, gdzie woda szumiała, spływając wartkim strumieniem do przejrzystego źródełka.
   Nie mieszkam w tym lesie sam jeden. Mój starszy brat ze swoją rodziną nie mieszkają aż tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Rodzinę Kane'a uznaję za najbliższe mi dotąd osoby. Kane, Jerome oraz ich dzieci - sześcioletnią Abby i szesnastoletni Luke - to osoby, dla których oddałbym wszystko. Dzieciaki są rozkoszne, a Jerome'a znam od dawna, bo przyjaźniliśmy się w przeszłości, dlatego też byliśmy blisko, nawet przed jego sparowaniem z Kane'em. Oczywiście bardzo mnie to cieszy, jednak troszkę mi smutno, kiedy pomyślę, że mój brat spotkał kogoś, na kim może polegać; kogoś, kto go kocha, bez względu na wszystko, a ja nadal jestem skazany na samotność. Nienawidzę tej części siebie, tej, która im tego zazdrości. Jestem okropny, samolubny i egoistyczny... nie zasługuję na takie szczęście, jakie spotkało ich oboje.
   Szedłem zamyślony pomiędzy drzewami w stronę wodospadu, jednak zamiast niezagłuszonego niczym szumu wody, usłyszałem melodię graną na gitarze, a wtórował jej prawie anielski głos. Jednak słowa, które Anioł śpiewał, przykuły moją uwagę jeszcze bardziej, gdyż zdawały się doskonale opisywać stan mojej duszy.
   "Stałem się taki obojętny,
   Nie czuję twojego wsparcia.
   Jestem już zmęczony,
   Dużo bardziej świadomy.
   Staję się tym...
   Wszystko, czego chcę,
   To być bardziej sobą, a mniej tobą*..."
   Podszedłem do miejsca, skąd dochodziła piosenka. Siedział tam. Na skale przy wodospadzie, w objęciach trzymał gitarę, a obok niego na jednym z kamieni leżał niewielki notesik, w którym co jakiś czas coś notował.
   ~ Książę z bajki... - wymsknęło mi się szeptem.
   Popatrzył w niebo. Wyglądał na zamyślonego i bardzo pochłoniętego przez swoją pracę. Patrząc na chmury, zagrał kawałek melodii. Po chwili ułożył dalszy tekst piosenki.
   "...Stałem się taki obojętny.
   Nie czuję ciebie przy mnie.
   Jestem zmęczony byciem tym,
   Kim chcesz, bym był.*"
   Miałem łzy w oczach, słuchając jego głosu przepełnionego takim bólem, a za razem obojętnością. To trafiło prosto do mojego serca. Wyrażał wszystko, co czuję. Jeszcze nikt mnie tak nie przejrzał; tak po prostu, bez reszty.
   Korzystając z wampirzej prędkości, w ułamku sekundy znalazłem się tuż za blondynem, który od pierwszych chwil uwiódł moje serce.
   - Co o tym sądzisz? - zapytał, nawet się nie odwracając. Wiedział, że tu jestem. Że słucham tego, co w głębi siebie ma do powiedzenia. To mogło znaczyć tylko tyle, że blondyn był osobnikiem mojej rasy. Jeśli do prawda, musiał też zdawać sobie sprawę, że jestem jego partnerem i że jesteśmy sobie przeznaczeni bez względu na płeć...
   - To było... niesamowite! Naprawdę, trafia do serca, podbija umysł!
   - Hola, hola. Nie entuzjazmuj się tak, bo nie wezmę po uwagę twojej opinii. - Artysta nadal siedział tyłem do mnie. - Który wers podobał ci się najbardziej?
   - Hmm... "Stałem się taki obojętny. Nie czuję ciebie przy mnie." - zacytowałem, zastanawiając się, jak wygląda jego twarz, bo głos był idealny.
   - Ja także lubię ten najbardziej.
   Zaśmiał się. Delikatnie, cicho. Wstał, odwrócił się w moją stronę i spojrzał mi prosto w oczy. Był przepiękny! Blond włosy w nieładzie opadały lekko na czoło, miał szerokie, ciemne brwi, a rzęsy prawie do nich sięgały. Oczy miał tak jasne, że nie sposób określić ich koloru. Nos prosty, zadarty ku górze. Usta doskonałe - malinowego koloru, idealnie wykrojone - w sam raz do pocałunków. Delikatnie rozchylone dodawały jego twarzy romantycznej zmysłowości. Miał silnie zarysowaną szczękę, na której widniał lekki cień złotego zarostu.
   Słońce wyszło zza drzew i rozświetliło twarz pięknego nieznajomego, a on palcami przeczesał grube kosmyki. Ujrzałem, że przygląda mi się z zaciekawieniem wymalowanym na przystojnej twarzy. Wtedy zdałem sobie sprawę, że mój los jest przesądzony. Blondyn gwizdnął w pewnym momencie po gruntownej obserwacji mojej osoby.
   - No, tośmy wpadli! - powiedział z najpiękniejszym uśmiechem na twarzy, jaki kiedykolwiek widziałem. Jego rozpromieniona twarz wniosła kolory do mojego życia już przy pierwszym spotkaniu.
   Wyciągnął rękę w moją stronę z tym samym uśmiechem na ustach.
   - Lotty - przedstawił się. Zdziwiłem się, bo nie mam pojęcia, od jakiego męskiego imienia może to być zdrobnienie. Jednak on nie dodał nic więcej, więc przyjąłem jego dłoń i sam powiedziałem:
   - Gabe. Mieszkasz tu? - zapytałem, gdy już go puściłem.
   - Nie. Przyjechałem tutaj na "zwiady". Już od dłuższego czasu myślę, aby przeprowadzić się w tę okolicę.
   - Ach! Byłeś tu już kiedyś?
   - Taa. Na wakacjach jakieś pięć lat temu. A ty? Mieszkasz gdzieś w okolicy? - spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
   - Mam mały domek za tamtym wzgórzem. - Wskazałem niewielki pagórek porośnięty trawą i kolorowymi kwiatami. - Może wpadniesz wieczorem na ognisko? - wypaliłem po chwili.
   Lotty zastanawiał się przez chwilę, przyglądając mojej twarzy.
   - Chętnie... jeśli to nie problem.
   - Żaden problem! - odparłem chyba trochę za bardzo entuzjastycznie. Chyba tego wieczoru nie będę się czół samotnie.
   Już ja o to zadbam, usłyszałem w mojej głowie i to wcale nie była moja myśl. Uśmiechnął się tajemniczo, uwodzicielsko wręcz. Pochylił się i podniósł gitarę i notes.
   - Do zobaczenia - rzucił jeszcze na pożegnanie, cmokając w powietrzu i powolnym krokiem ruszył w swoim kierunku.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Linkin Park - Numb (wersja PL)

Pozdrawiam, mam nadzieję, że się podobała pierwsza część ;) Co do opisu, wstawię go poźniej, w ciągu najbliższych dni powinien się pojawić we wcześniej wspominanym poście : "Miłość w barwie zieleni (wstęp do trylogii)". 

Oli <3

sobota, 13 września 2014

Wieczność pragnienia IV - end

Witam :)
Ach, jeszcze ciepłe!  :D (Dlatego tak późno :/. Ale liczę, że mi to wybaczycie :) )

Tą notką kończymy część pierwszą Trylogii :) Chciałam Wam przypomnieć, że będę uzupełniać opisy kolejnych części przy poście "Miłość w barwie zieleni (wstęp do trylogii)". ;) 


A teraz zapraszam do czytania i liczę, że takie zakończenie bardziej przypadnie Wam do gustu. <3
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Gabe! - Kane rozpoznał intruza od razu. Ja potrzebowałem kilku sekund, aby zauważyć w niezapowiedzianym gościu brata mojego ukochanego. Miałem kiedyś przyjemność się z nim spotkać. To było dawno temu, ale zdążyłem go poznać i zapamiętałem, że od zawsze lubił płatać figle, niczego nie spodziewającym się osobom. Był on po prostu małym psotnikiem. Mimo tego, potrafił się zachować i znał granice wygłupiania się, których nigdy nie przekraczał. Miał to cenne wyczucie sytuacji. Uwielbiałem spędzać z nim czas. Sympatyczny, wrażliwy i czuły - facet idealny!

"Oj, oby nie dla ciebie, kochany. Ty już znalazłeś swojego "faceta idealnego". I nie możesz się już wycofać! Nie oddam cię nikomu!" Przypominał o sobie Kane. Zaśmiałem się, stwierdzając, że jest słodki.

- Gabe - szepnąłem czując łzy w oczach, które po chwili miały spaść na policzki.

- Hej, malutki. Nie płacz przeze mnie! - powiedział czule - jak to on.

W jednej chwili oderwałem się od Kane'a i rzuciłem w objęcia jedynego niegdyś przyjaciela. Przytulił mnie mocno, zagarniając w swoje ciepłe objęcia. Sam kochałem Gabriela jak brata.

- Tak bardzo za tobą tęskniłem, Gabi...

- Ja za tobą też, mały. - Zacząłem delikatnie łkać w jego pierś, a on gładził mnie uspokajająco po głowie. Kiedy się już w miarę uspokoiłem, pozwolił mi się odsunąć, a moje miejsce w objęciach brata zajął starszy z Selway'ów.

- Dawno się nie widzieliśmy, bracie - powiedział Kane. Z tego, co pamiętałem, zawsze byli ze sobą zżyci, aż pewnego dnia Gabriel postanowił wyjechać. Nikt nie wiedział, gdzie się znajdował, bo z nikim się nie kontaktował. Prawdopodobnie musiał znaleźć miejsce do swojego wypoczynku; miejsce, gdzie nikt nie zna jego imienia, aby wszystko mógł zacząć od nowa. Marzył o tym. Dlaczego więc wrócił? Czyżby tęsknota dała o sobie znać? 

- Oj, dawno, dawno - westchnął zamyślony Gabe. - A wy, co? Razem?! Od kiedy?

- Ach, bracie. My, to znaczy ja, Kane Selway, oraz ten oto przepiękny młodzieniec, Jerome Heart - mówił, obejmując mnie w pasie i stawiając bezpośrednio naprzeciwko Gabriela - jesteśmy przeznaczonymi partnerami. Jako najważniejszego i jedynego członka mojego rodzinnego klanu, proszę cię o uznanie tego związku partnerskiego, błogosławieństwo i przyjęcie mojego partnera do rodziny - orzekł oficjalnym tonem, formułkę wstąpienia obcego do klanu wampirów. 

- Nareszcie - szepnął. - Nareszcie dostrzegłeś w Jeromie swojego partnera. - Uśmiechnął się do nas rozpromieniony. Wyprostował się, nabrał powietrza, aby po chwili ogłosić donośnie: - Ja, Gabriel Selway, jako jedyny żyjący i najważniejszy członek twego klanu, oznajmiam, że przyjmuję tu obecnego Jerome'a Heart'a do swojej rodziny, jako partnera więzi mego starszego brata. Który jest sukinsynem, bo kazał mu tak długo na to czekać, a więc nie powinienem tego robić, jednak robię ze względu na mojego przyjaciela - tego już nie powiedział na głos. 

- Już ja ci dam sukinsyna, braciszku! 

- A nie jest tak? 

- Zaraz - wtrąciłem się w ich zabawną wymianę zdań. - Gabi, to ty wiedziałeś? 

- Tak, znaczy... - Potargał swoje długie do ramion brązowe włosy. - Przeczuwałem. Od zawsze wiedziałem, że łączy was coś szczególnego. 

- I nic nie powiedziałeś?! - wykrzyknęli równocześnie. 

- Obydwoje o tym wiedzieliście. Tylko nie chcieliście tego przyznać sami przed sobą. -  Zarumieniliśmy się oboje na to stwierdzenie, a Gabe tylko wzruszył ramionami. - W każdym razie, cieszę się, że w końcu się uznaliście i jesteście razem. Teraz wszystko będzie inaczej - na nowo. - Jego oczy znów zalśniły wesołym blaskiem. - Zadomowiłem się w tym lesie. To nie bardzo daleko, szczególnie jak się jest wampirem. - mrugnął do nas okiem. Będziemy mogli się częściej spotykać, pysiaczki! - Równocześnie jęknęliśmy na tę nazwę, ale nic nie powiedzieliśmy. 

Wrócił nasz Gabi. Widać po nim było, że miał coś jeszcze do powiedzenia, ale chyba wolał poczekać na dogodniejszą chwilę, a my nie naciskaliśmy. 

- Będę się już zbierał, walizki same się nie rozpakują - powiedział znów przygaszony. - Ale któregoś dnia musicie wpaść! - puścił nam buziaka w powietrzu i zanim zniknął całkowicie, zdążyłem tylko powiedzieć: 

- Do zobaczenia, Gabi. - Zasalutował i rozpłynął się w powietrzu, jakby go wcale tu nigdy nie było. 

Kane objął mnie i przycisnął usta do mojej skroni. 

- Obiad stygnie.

- Tak, mój mistrzu. 

Zaśmiał się lekko, prowadząc mnie schodami na górę. Chwilę później znaleźliśmy się już w kuchni, w której unosił się kuszący zapach ciepłych naleśników. Zauważyłam, że zdążył je zwinąć z nadzieniem w środku i poukładać na talerzu. 

Wskoczyłem z powrotem na ladę i wyjrzałem przez okno. Nie zauważyłem, kiedy brunet wziął jeden z talerza i praktycznie wepchnął mi jego kawałek do ust. Zdziwiony popatrzyłem się na niego zaskoczony. Śmiał się wniebogłosy. Musiałem wyglądać przezabawnie, cały w dżemie truskawkowym. Wziąłem kolejnego naleśnika i wykorzystując chwilę jego nieuwagi, rozmazałem mu nadzienie na nosie. 

Szybko stanąłem na nogi i zacząłem uciekać. Nie odbiegłem daleko; tuż przed samymi drzwiami do sypialni złapał mnie wpół. Odwrócił mnie w swoją stronę i przyparł do ściany, odcinając mi drogę ucieczki swoim ciałem. 

Jego oczy błyszczały, gdy wpatrywały się w moje. Jego włosy były rozczochrane, opadające w nieładzie na czoło. Nie mogłem się powstrzymać, uniosłem ręce do jego karku i zanurzyłem palce w czarnych kosmykach. 

Schylił się, sięgnął po moje kolana i pociągnął do góry tak, że musiałem się go mocno chwycić, obejmując nogami w pasie. Otworzył szerzej drzwi do sypialni i rzucił mnie na łóżko. Zamknął drzwi i już miał się rzucić na mnie, gdy w następnej chwili się wymknąłem, śmiejąc głośno z jego zdziwionej miny. Byłem zadowolony, że mi się to udało. 

Trochę oszołomiony próbował się zbliżyć, lecz zawsze udawało mi się gdzieś czmychnąć. Już lekko poirytowany moją zabawą, dopadł mnie i zamknął w stalowym uścisku swoich silnych, męskich ramion. 

- Nie uciekaj przede mną, skarbie - wymruczał, łapiąc mnie zaborczo za pośladki. 

- Dlaczego? - zapytałem słodko, trzepocąc rzęsami. 

- Ponieważ nie będę cię ganiał po całym domu, kiedy mam ochotę się z tobą kochać. - zlizał dżem z moich zaróżowionych policzków. Był podniecony... no, ja też. I bardzo mi się to podobało. Sposób, w jaki mnie trzymał...

Zaczął mnie kierować w stronę łóżka, z którego niedawno zwiałem dla zabawy. Tym razem mnie nie puszczał. Położył mnie na poduszkach i sam przygniótł swoim ciałem. Bardzo męskim, twardym, gorącym ciałem...

Trzymał mnie pod sobą za ręce. Z pewnością nie chciał, bym mu się znowu wywinął. 

- Napaleniec - zaśmiałem się przekornie. Cóż, jestem jego partnerem i bardzo podoba mi się, kiedy taki jest. Zabawnie wyglądał. 

- Och, Jerome. - Od razu polubiłem ten dźwięk warkotu w głosie bruneta. Teraz liczył się tylko on. Przeturlałem nas tak, że teraz to ja byłem na górze, a moje kolano wsunęło się między jego nogi. Na brzuchu wyczułem obiekt jego pożądania. Zerwałem z niego koszulkę i pochyliłem się nad jego gładką, dobrze zbudowaną klatką piersiową. Jego brzuch też był niczego sobie. Zacząłem całować jego obnażoną pierś, a on jęczał i wił się pod moim dotykiem, kiedy schodziłem coraz niżej. 

Po niedługiej chwili, oboje nie mieliśmy na sobie żadnych ubrań. Przygotowanie mnie oraz mojej dziewiczej dziurki nie trwało znowuż tak długo, jako że nie jestem człowiekiem. Kane ułożył mnie pod sobą i pieszcząc moje usta gorącymi pocałunkami, usadowił się we właściwym miejscu. Jednym, płynnym ruchem zagłębił się we mnie po same jądra. Co prawda, było mi trochę nieprzyjemnie, sapnąłem, ale nie trwało to długo, bo mój partner od razu podrażnił moją prostatę, co wywołało u mnie okrzyki zachwytu. 

Po pewnym czasie nie było dla nas nic tak ważnego, jak dawanie sobie wzajemnej przyjemności.

- Kane - wydyszałem z trudem, ledwo trzymając się skraju przepaści - Kocham cię!

- Ja ciebie także, Jerome. 

Kilka gwałtownych pchnięć później doszliśmy równocześnie, on - rozlewając się we mnie, ja - brudząc nasze brzuchy. Opadliśmy w swoje objęcia. 

- Ale tak już na zawsze. Na wieki. Takie stare i pomarszczone "na zawsze", chociaż my się nie starzejemy - powiedziałem, gdy na nowo mogłem złapać oddech. 

- Wytrzymasz ze mną całą wieczność, piękny? 

- Nie wytrzymam bez ciebie - przyznałem i pocałowałem go namiętnie w usta. Tak bardzo, jak tylko potrafiłem, starając się włożyć w to całą moją miłość, jaką darzyłem Kane'a. 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Życzę miłego zarówno weekendu, jak i całego tygodnia! 
Liczę na Wasze komentarze :>

Pozdrawiam, 
Oli <3 

sobota, 6 września 2014

Wieczność pragnienia III

Witam, przepraszam, że tak późno dodaję, ale zapomniałam, że to już sobota :/ :)
Chciałabym na wstępie przypomnieć, że to już przedostatnia część Wieczności pragnienia.  Jak już wcześniej wspominałam, następną częścią trylogii będzie Księżyc na drzewie (którą planuję zacząć publikować od 20.09).
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zobaczyłem ból w jego niesamowitych oczach, a z moich własnych pociekły łzy.

 - Przepraszam - wyszeptałem gorzkim głosem. Ten, przytulił mnie mocno do siebie, kręcąc głową i wyrozumiale powiedział:

- Nie. Masz rację, to ja przepraszam. Przepraszam cię, kochanie. Od tamtego czasu, od kiedy cię porzuciłem jesteś taki oziębły, masz taki gorzki głos, jesteś dla siebie taki ostry... to wszystko moja wina. Nie byłeś taki! Byłeś ciepły, miły, uprzejmy. Tak bardzo cię przepraszam. Gdyby nie ja, nadal byłbyś tym samym chłopcem, co wtedy. Zniszczyłem cię, bo tak bardzo cię kocham... - potok słów został przerwany poprzez załamujący się głos, więc Jerome postanowił, że teraz jego kolej mówienia.

- To nie twoja wina, gdyby nie ty, na pewno bym już nie żył. Wiesz o tym. Nie dbam o to, jaki byłem, jaki jestem teraz. Ja... Pragnę być tylko z tobą. Obiecuję, że to już więcej się nie powtórzy, że będę taki, jak kiedyś - taki, jakiego mnie pokochałeś. Tylko błagam. Błagam, nie opuszczaj mnie już więcej. Ja bez ciebie... nie ma mnie... - Odchyliłem od siebie jego głowę. Po jego policzkach także spływały łzy, niczym grochy. - Proszę cię, zostań ze mną. Tylko tyle. - Lekko musnąłem jego wargi swoimi.

- Obiecuję. - Pochylił się, przygarnął mnie mocniej w swoje ramiona i pocałował. Długo, głęboko, namiętnie, gorąco. Całą siłę tej obietnicy włożył w ten pocałunek.

***
Gdy oderwaliśmy się w końcu od siebie po obustronnym odkryciu partnerstwa, było już na tyle późno, aby na zewnątrz słońce chyliło się ku koronom ciemnozielonych drzew, a nam zaburczało w brzuchach. Obydwoje roześmialiśmy się na ten warczący dźwięk. 

- No, kochanie! Pora na obiad. Na co masz ochotę? - mruczał Kane, miziając mnie nosem po policzku i uśmiechając się przy tym czule. Przez tych kilka godzin zbliżyliśmy się do siebie, dlatego teraz nie oberwał w łeb za ten zwrot w moim kierunku. Zdziwieni? ...Ja też. Podczas jednej z naszych rozmów tego dnia, jakaś bariera, która tkwiła we mnie i pozwalała się dotychczas temu małemu, płochliwemu, mentalnemu "mnie" za nią chować, a wszystkich innych zostawiać po drugiej stronie - przez wiele lat wydawało mi się, że jest stabilna, skuteczna, a ona - tak po prostu runęła! Nie wiedzieć kiedy, przestałem traktować go z takim dystansem, chłodną obojętnością. Jednak muszę przyznać, że jestem z tego dumny. 

Uwierzcie, walka ze sobą o to, co się kocha, a czego obawia - wcale nie jest taka prosta, aby ostatecznie zwyciężyć ją w jedno popołudnie. Do tego trzeba czasu. Może nawet wieków. Na szczęście, wampiry czasu nie liczą, a więc mamy oboje z moim partnerem na to czasu... cóż, aż do śmierci! A biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy teoretycznie nieśmiertelni...

"Będziemy żyć razem dopóki na się nie znudzi. A potem umrzemy razem, żeby później znów być razem. I tak w kółko, miłości moja" - przerwał moje słodkie rozmyślania głęboki głos... "Kochanka" - dokończył cicho za mnie.

"Nie jesteśmy kochankami."

"Jeszcze nie, kochany. Pomyśl tylko, co się będzie działo w twojej, a właściwie naszej sypialni, kiedy słońce całkowicie zajdzie, mrok pochłonie tę półkulę, a księżyc będzie igrał swym blaskiem po naszych rozgrzanych ciałach...

Jęknąłem, słysząc ten rozmarzony, obiecujący głos. 

"Nie obiecuj, nie obiecuj!" - odpowiedziałem i zerwałem się z sofy, nim on sam mógł zareagować i zacząłem uciekać. Biegłem z taką prędkością, że ciężkie zasłony przy oknach zaczęły się kołysać, obrazy na ścianach pomalowanych na kolor piaskowej żółci przekrzywiały się, a nawet niektóre obróciły się o równe sto osiemdziesiąt stopni albo spadały! Nie przejmowałem się tym i nadal biegałem w kółko wokół Kane'a, wykorzystując fakt, że jestem od niego o wiele młodszy i drobniejszy, żeby mógł mnie dogonić. 

Jednak w pewnym momencie już się trochę zmęczyłem i podstępny krwiopijca podstawił mi nogę! Potknąłem się i z pewnością runąłbym jak długi, gdyby natychmiastowo nie złapał mnie w swoje ramiona. Przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął iść w stronę kuchni. Cholera, silny był. Jednak ja to przyjąłem z ulgą, bo trochę mi się już kręciło w głowie i gdybym miał tam dojść o własnych siłach - na pewno bez powiewu "halnego" by się nie obeszło. 

W pomieszczeniu o ścianach w kolorze kawy z mlekiem utrzymanym w barwach karmelu, ciemnej i jasnej czekolady, Selway posadził mnie na jasnym blacie obok kuchenki. Kuchnię urządziłem po swojemu.

- Pytam jeszcze raz - powiedział hardo, patrząc mi w oczy. - Jerome, na co masz ochotę? 

- Emm... yy... - zastanawiałem się, choć strasznie trudno było mi myśleć, kiedy on tak na mnie patrzył. Lodowate tęczówki, które tak uwielbiałem, bo było w nich tyle przeciwieństw, zdawały się świdrować mnie od środka, zaglądać do duszy. Podniósł jedną ciemną brew do góry, a ja szybko wypaliłem: - Może... naleśniki? 

- Robi się! - odparł wesoło. 

Podszedł do lodówki. Na blacie obok mnie zaczął ustawiać składniki. Za każdym razem, gdy tak się kręcił po kuchni za moimi wskazówkami, gdzie co znajdzie, ocierał się o mnie. Odsunąłem się nieznacznie, lekko zarumieniony. Zgromił mnie wzrokiem, na który się skuliłem w sobie. 

Wrzucił wszystko, co potrzebne do naleśników do miski, a następnie umieścił ją pod mechanicznym mikserem. Roboty kuchenne są na tyle dobre, że nie trzeba ich trzymać. Włączył do prądu i wcisnął zielony guzik na maszynie. Posprzątał bałagan, jaki zrobił bawiąc się w kucharkę, a wszystkie czynności wykonywał pod uważnym spojrzeniem orzechowych oczu. 

Podszedł do mnie, oparł się dłońmi po obu stronach moich nóg na blacie. Przybliżył swoją przystojną twarz do mojej. 

- Jerome - wymruczał, jakby to było jego ulubione słowo. Zadrżałem. Patrzyłem na jego usta, całkowicie nimi zauroczony. Pochylił się. Nie musiał nawet korzystać z daru czytania w myślach, żeby wiedzieć, o co chodzi. Tak to już jest, że w związku partnerskim jego członkowie wiedzą, co chodzi po głowie drugiej stronie. 

Całowaliśmy się tak długo, dopóki kuchenka nie dała o sobie znać, że już nagrzała się wystarczająco. Obydwoje jęknęliśmy rozczarowani, że ten czas tak szybko minął. Czułem, że się uzależniam od Kane'a. Od jego smaku, dotyku, głosu, obecności. Przerażające, jak szybko można się do kogoś przywiązać. 

Oderwał się ode mnie niechętnie i zaczął wylewać wyrobioną masę na patelnię. Kiedy już smażył nasz obiad, poczułem nagły przypływ kapryśnej weny, gdy myśli zaczęły kłębić mi się w głowie, a z nieskładnych z początku wyrazów, zaczęły układać się sensowne zdania.

Swobodnie zeskoczyłem na podłogę pokrytą kremowymi płytkami i pobiegłem w stronę salonu. 

- Hej! Dokąd to? - krzyknął za mną zdziwiony Selway. 

- Za chwilę wrócę! - odkrzyknąłem, kierując się po mojego ulubionego "podziemnego pokoju". 

Dorwałem pamiętnik i rzuciłem się razem z nim na skórzany fotel, by jak najszybciej napisać to, co miałem do napisania. Nie chciałem się na długo rozstawać z moim partnerem. 

Drogi pamiętniku!
    Dzisiejszego dnia odkryłem coś niesamowitego - odnalazłem mojego Partnera Więzi! Jest nim nie kto inny, jak Kane Selway. Zawsze wiedziałem, że coś mnie do niego ciągnie i może dlatego po jego zniknięciu nie szukałem sobie jakiejś bratniej duszy. Od zawsze czułem, iż coś nas łączy, jednak nigdy nie śmiałbym marzyć, że jesteśmy sparowani. 
     A może śmiałbym...? 
     Cóż, nieważne. 
   Po jego zniknięciu cały mój świat się zawalił. Rozsypał na drobny mak. Zamarzł. Zamarzł i pozostał do tej pory taki, jak oczy mojego ukochanego. W moim nieporównywalnie zimnym, pięknym, ale i pustym świecie - zostałem całkiem sam. Nigdy nie przypuszczałbym, że ożyje on dzięki jednej osobie, której jedno spojrzenie może zamrozić lub rozgrzać; zabić lub ożywić. I która dzisiejszego ranka dała znów o sobie znać z wielkim hukiem. Dosłownie. 
   Hałas był niemały, kiedy obydwoje z impetem runęliśmy na ziemię pod wdzięcznym świerkiem, gdy wampirzok przeklęty (kochany) na mnie spadł. 
    Przez resztę dnia leniuchowaliśmy we wspólnych objęciach. Uwielbiam jego ciepło, siłę oraz moc, płynącą z jego obecności. Sądzę, że on o tym wie i mnie darzy podobnymi uczuciami. 
    To trochę przerażające. 
   Tak łatwo przyzwyczaić się do obecności kogoś, a nawet potrzebować jej jak tlenu. I to w tak krótkim czasie...
   Muszę już wracać na górę, opuścić mój azyl, bo obiecałem Kane'owi, że za chwilę będę z powrotem. Czuję jego zaciekawienie i niecierpliwość płynącą w moich żyłach (ugryzłem go... tylko troszkę!). 

Gdy wstawałem, zwróciłem uwagę, że w pomieszczeniu było nienaturalnie chłodno. Nigdy nie było tutaj za ciepło, ale to nie było normalne zimno ciągnące z podziemi.

Ktoś tu jest, pomyślałem odrobinę zlękniony, bo czułem, że to ktoś z mojej rasy. I to na pewno nie był Kane. Od razu wiedziałbym, gdyby znalazł się w pobliżu.

Więc kto? Kto by się zapuścił tak daleko do lasu, nie mając ku temu konkretnego powodu...? ... Ja.

"Na pewno, żadnego powodu?" - zakpił męski głos w mojej głowie, jakby rozbawiony. Próbowałem uspokoić szaleńczy rytm bicia swego serca.

"A jaki mógłby być powód nachodzenia domu spokojnego, młodego wampira?" - przesłałem ostrożnie pytanie. Jednocześnie usiłowałem powiadomić Selway'a o nieproszonym "gościu". Poczułem przypływ jego ciepłej, uspokajającej mocy.

Po drugiej stronie "linii" usłyszałem tylko cichy, delikatny i na pewno nie przerażający śmiech.  

"Daj spokój", powiedział. "Nic ci nie zrobię, kruszynko." 

"Skoro tak, pokaż się", odparłem hardo. Po chwili patrzyłem, jak z cienia wyłania się wysoki zarys silnie zbudowanego mężczyzny. Nie widziałem jego twarzy poprzez półmrok panujący w piwnicy, ale swoją postawą, wzrostem i budową przypominał mi Kane'a. Aczkolwiek wydawał się trochę niższy. Niewiele, ale jednak.

Nie słyszałem zbliżających się kroków, ale w chwili, kiedy poczułem silne ramię obejmujące mnie, zapach już tak dobrze znany moim nozdrzom tak blisko mnie, czułem się bezpieczny.

Mój kochany partner, pomyślałem.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Czy już wspominałam, jak bardzo męczy mnie wstawanie wcześnie rano? Jeśli nie, to teraz mówię... Dziękuję mojej Alfie, że przypomina mi o wpisach. :)

Pozdrawiam,
Oli :3

sobota, 30 sierpnia 2014

Wieczność pragnienia II

Nie wiem, kiedy usnąłem, ale już ranek. Wstałem, przeciągnąłem się i wszedłem po schodach. Otworzyłem drzwi frontowe. Wyszedłem na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Czułem czyjąś obecność w pobliżu i owa "obecność" była taka jak ja.

To bujda, że wampiry nie mogą wychodzić na słońce, nie świecą się w jego blasku, niczym kule dyskotekowe, nie płoną żywym ogniem. Tak, jak wilkołaki nie polują na ludzi, by ich pożreć czy też zamienić w takiego samego "potwora", jakimi są. Wilkołak nie jest jak pies, nie szuka ofiary do poganiania. On zabija tylko w ostateczności, a zwłok z całą pewnością nie pożera. A żeby stać się jednym z nich i nie podbić futrzastego świata, jako wyrzutek-niedorobek, trzeba się urodzić w odpowiednim czasie, uaktywnić klątwę, co zazwyczaj kończy się tragicznie. Cóż, jeśli idzie o inne leśne czy nocne stworzenia - po części legendy, które krążą wśród ludzi, mogą mieć krztę prawdy w sobie, jednak nie wszystko.

Aczkolwiek, zawsze bawiły mnie bajeczki, wymyślane specjalnie dla ludzi, by czuli się bezpiecznie w "swoim normalnym świecie". Prawda jednak była inna.  Ich piękny świat... To wcale nie ludzie nim rządzą. Ludzie są marnym podgatunkiem, repliką prawdziwych władców. Władców nocy, jak to sobie upodobali.

Ja, po tylu latach, nauczyłem się pamiętać, że wszystko, przed czym ostrzegają rodzice swoje dzieci, czym straszą je, gdy są niegrzeczne, co wymyślają, jako "straszne historie", opowieści oraz to, co sami możemy sobie wyobrazić - to wszystko istnieje. Pamiętaj, uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze się to spełni. Ile razy było tak, że idąc, bądź będąc gdzieś, mieliście wrażenie, że coś was obserwuje, śledzi? Odwracacie się, a tam nic i wmawiacie sobie, że to się wam po prostu wydawało? To było naprawdę. Tylko stworzenia nocy są bardzo potężne, doskonale wiedzą, kiedy się odwrócicie i zdążą po prostu zniknąć. To jedna z niewielu ich cech.

Nadal rozmyślając, przeszedłem pod wysokim drzewem świerkowym, stojącym około trzech metrów od mojego domu. Usłyszałem trzask i wciągane ze świstem rześkie, poranne, pachnące jeszcze rosą, powietrze do płuc. Nagle poczułem, jak coś ciężkiego zwala mi się na głowę, a potem wgniata moje ciało w miękką, wilgotną trawę. Szlag! Przez zamyślenie straciłem czujność i mogłem zostać zaatakowany w progu własnego domu! To niedopuszczalne, szczególnie dla wampira. Muszę być bardziej ostrożny.

- Uła - jęknąłem pod czyimś ciałem, leżąc plackiem na ziemi. Ciało to było... męskie i tak niesamowicie pachniało! Zupełnie jak...

Nie. Niemożliwe!

- Kane - szepnąłem, ledwo dosłyszalnie. Ciężar zniknął tak prędko, jak się pojawił, a ja poczułem, jak ktoś mnie bierze na ręce. Wniósł mnie do mojego domu.

Pod sobą poczułem kanapę, a moje zmiażdżone, zmaltretowane przez intruza ciało przyjęło to z ulgą. Zostałem przykryty miękkim kocem, który zazwyczaj robi za narzutę. Otworzyłem powoli powieki i pierwsze, co zobaczyłem, to niesamowicie przystojna twarz Kane'a.

- Widzę, że zdecydowałeś się przetestować moje "hobby" - wymamrotałem dość chłodnym tonem, jak wczoraj wieczorem. To co, że mi się spodobał? Że zawsze tak było? Nie dam mu przecież tego po sobie poznać!

Zaśmiał się cicho zdenerwowany. Jego dźwięczny głos jeszcze długo dudnił mi w uszach, mimo że ten już przestał się śmiać.

- Taa. Muszę dopracować lądowanie. Choć z drugiej strony - nie śmiem narzekać - powiedział, patrząc na mnie i ruszając w zabawny sposób brwiami. Na to ja zmarszczyłem swoje i zaśmiałem się głośno, nie mogąc już powstrzymać. Brunet nie odrywał ode mnie wzroku, wyglądał jak oczarowany, więc po dłuższej chwili milczenia, zapytałem:

- Na co się tak patrzysz? - Ten, jakby dopiero teraz oprzytomniał, zamrugał słodko oczkami i przeczesał palcami swoje długie, czarne włosy.

- Na ciebie, słońce. - No nie, mięknę! Rozczuliło mnie to. - Jer, chcesz coś do picia? - Brak odpowiedzi. - W takim razie pójdę zrobić kawę. - Wstał z kucek i poszedł w stronę kuchni. Hej, przecież ja nie powiedziałem nic w stylu "Rozgość się"! A może powiedziałem...? Walnął mnie w głowę, czy jak? Tak, to na pewno jego wina, że wariuję.

Gdy wrócił z dwoma dużymi kubkami w jednej dłoni i cukierniczką w drugiej, poczułem nieodpartą potrzebę krwi. Musiałem się dokarmić. Mimo wszystko, jestem nadal młodym wampirem i muszę pobierać jak najwięcej krwi.

Kiedy obstawił kubki na ławę obok, pochylił się nade mną. Niewiele myśląc, chwyciłem go za kark i  pociągnąłem tak, że stracił równowagę i ponownie wylądował na mnie. Jednym ruchem wbiłem kły w apetyczną, mleczną skórę na szyi Kane'a. Wampirza esencja też jest bardzo odżywcza, jednak szkopuł w tym, iż mało który osobnik czystej krwi pozwala na coś takiego. Częściej może się to zdarzać u osób związanych ze sobą. Nie mogą znieść myśli o pożywianiu się od kogoś innego, więc robią to od siebie nawzajem.

Jednak brunet się nie wyrywał. Wręcz przeciwnie - wplótł swoje długie, silne palce w moje blond włosy i głaskał czule, podczas gdy ja czerpałem z jego sił. Na smak jego krwi poczułem, że braknie mi miejsca w spodniach, a on jeszcze leżał na mnie, ocierając się niby to przypadkowo swoimi strategicznymi miejscami o moje, mrucząc tym swoim głębokim, niskim głosem mi koło ucha! Ja zwariuję! Albo już zwariowałem. Jego esencja smakowała lepiej, niż wszystko, czego do tej pory próbowałem. Jest tylko jeden osobnik, którego krew może tak bardzo smakować wampirowi. Tylko jedna osoba na świecie, tak pasująca do Ciebie.

Wiem, że to on. Zawsze tak myślałem. Teraz to wiem. Co znaczy, że muszę go...

Ugh, nie sądziłem, że upadnę tak nisko. Że posunę się aż do takich skrajnych uczuć, względem mojego wybawiciela.

Oderwałem się od niego przerażony biegiem swoich myśli.

- Kane - wyszeptałem, patrząc w jego lodowate oczy. Mogąc - jak każdy wampir - czytać w myślach, brunet od razu wiedział, o co mi chodzi. - Partner.

- Tak - potwierdził, ku mojemu przerażeniu. Mimo tego, całe napięcie spowodowane podnieceniem, nie opadło. - Jestem twoim partnerem więzi. Na zawsze. Jestem tu i już nigdy cię nie zostawię, Jerome - obiecał, nie odrywając wzroku od mojego. W błękitnych oczach malowała się powaga... i miłość. - Tak długo na ciebie czekałem.

- Bo czekałeś - powiedziałem gorzko. Jak zwykle musiałem coś popsuć. A mogłem siedzieć cicho! Teraz, kiedy już się odezwałem, znając mnie dorzucę jeszcze: - Gdybyś nie czekał lub nie porzucił mnie na samym początku - nie cierpielibyśmy. - Świadomie wpędzałem go w poczucie winy, budząc wyrzuty sumienia. Kazałem mu tym samym stać się bardziej ludzkim. Zobaczyłem ból w jego niesamowitych oczach, a z moich własnych pociekły łzy.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tutaj chcę dodać, że kolejne rozdziały będą (powinny) pojawiać się w sobotę. (Jakby co, to proszę mnie bombardować gdzie popadnie, bo skleroza nie boli ;) )

Pozdrawiam, liczę, że się podobało. :D
Oli :3

niedziela, 24 sierpnia 2014

Wieczność pragnienia I

Witam, to opowiadanie w całości chciałabym zadedykować Youki-chan oraz mojej alfie, Ofelii Rose. ;)
Youki-chan (autorka bloga: http://klamstwa-utopione-w-morzu-lez.blogspot.com/), nie jestem pewna, czy to czytasz, ale chciałam Ci pokazać, że nie zapomniałam o naszych początkach. :D
Ofelio (autorka - między innymi - bloga: http://ofeliaroseopyaoi.blogspot.com/), hm, może opowiadanie Cię nie zachwyci, ale sądzę, że to, iż to bardziej Twoje klimaty, powinno Cię zadowolić (lub ewentualnie udobruchać po ostatnim opowiadaniu, którego nawet nie odważyłaś się skomentować! :c ). :)
------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jerome. Tak właśnie mam na imię. Jestem synem faceta, który mnie nienawidzi. Nie znałem mojej matki. Nie mam rodzeństwa. Jestem tylko sam z ojcem. Ale nie mieszkam z nim. Zadomowiłem się w starej kamienicy w głębi lasu. On o tym nie wie. Pewnie myśli, że nie żyję... albo sam już kopnął w kalendarz? Nieważne, straciłem rachubę. Tak czy inaczej, tak jest lepiej. Nie będzie mnie szukał. Sam daję sobie świetnie radę. Mam siedemnaście lat, ale już od dawna nie jestem człowiekiem.

Właśnie w tym momencie wyłamałem drzwi do domu jakiejś rodziny. Czuję dziecięcą, niewinną krew, która mnie tu przywiodła. Dawno nic nie jadłem. Jestem głodny!

Po cichu wszedłem do sypialni, gdzie znalazłem śpiących ludzi koło trzydziestki. Zabiłem ich bez trudu, pozbawiając soczystej esencji. Poszedłem spokojnie do pokoju dziecięcego, gdzie znalazłem małego chłopczyka. Na oko mógłby mieć może z siedem lat. Spał niespokojnie, od kiedy tylko wszedłem do pokoju. Podobno dzieci mają szósty zmysł. Dziwne. Zupełnie, jakby wiedział, że tej nocy nie przeżyje; rano nie obudzi się roześmiany, nie pójdzie wesoło na śniadanie, by życzyć miłego dnia rodzicom, mama nie pocałuje w czółko, a ojciec nie zawiezie do szkoły.

Gładkim ruchem wbiłem kły w gorącą, słodką tętnicę. Krew zaczęła spływać do mojego gardła gęsta i odurzająco słodka. Po tym każdy wampir mógł stwierdzić, że osoba w jej posiadaniu, nie zaznała w swoim życiu wiele cierpienia.

Po osuszeniu kolejnego ciała z czerwonej cieczy, wyskoczyłem po prostu przez otwarte okno. Nigdy nie troszczę się o zacieranie śladów. Wylądowałem w przysiadzie na nierównym chodniku. Noc była przyjemna, więc miałem na sobie wygodny T-shirt, jeansy oraz czarne trampki.

Nagle zorientowałam się, że ktoś nade mną stoi. Wyprostowałem się, podnosząc hardo brodę, odchylając głowę lekko w tył. 

Facet o muskularnej sylwetce był dobre dwadzieścia centymetrów wyższy ode mnie, a ja wcale do niskich nie należałem. Miał czarne, długie włosy oraz lodowato-błękitne oczy. Sprawiały wrażenie, jakby ich tęczówka autentycznie zamarzła arktycznym lodem. Wysokie kości policzkowe i silnie zarysowana szczęka z kozią bródką, podkreślały piękno jego twardej urody.

- Co ty, do kurwy nędzy, wyprawiasz?! - wybuchnął z pretensjami do mnie, nie przejmując się formami grzecznościowymi "per pan", tylko od razu zwracając się do mnie na "ty". - Takie hobby: spadanie na innych z różnych wysokości?! - naskoczył na mnie, lecz gdy przyjrzał mi się dokładniej, cały gniew zdawać by się mogło, uleciał z niego jak z przebitego balonika; wyraz jego oczu złagodniał. Wyglądał, jakby zamarł.

- Przepraszam. Ćwiczę sztukę latania - prychnąłem cynicznie, ulegając chęci wytknięcia do niego języka.

- Dobra, w porządku. Przepraszam, okej? Nic sobie nie zrobiłeś? - zapytał, kiedy już się ocknął całkiem ze swojego amoku. Phi, troskliwy... tak, jakby to miało jakieś znaczenie?

Pokręciłem głową na boki, prychając. Minąłem go, nie zwracając na niego większej uwagi. Popędziłem prosto w stronę "mojego" lasu, ale jeszcze długo czułem na plecach jego wzrok. Potraktowałem go chłodno, mimo że to on jest w posiadaniu tych jakże niezwykłych oczu.

Ha! Dziwne. Niby taki lodowaty, a parzy jak żywy ogień... Nieważne.

Gdy już spomiędzy drzew wyłoniła się moja chatka, od razu popędziłem do piwnicy. Zapaliłem pojedynczą świecę, a ciepłe światło oblało całe pomieszczenie czerwonym blaskiem. Było to moje ulubione miejsce w tym domu, więc był tutaj ładny dywan, stoliczek oraz kilka świec, które były poustawiane na nim kolorystycznie. Wyremontowałem pomieszczenie tak, że teraz przypominało tylko podziemny pokój. Ściany wypełniłem regałami, na których poukładałem moje ulubione książki.

Jednak dzisiaj nie chciałem czytać, lecz pisać. Usiadłem przy stoliczku i otworzyłem swój pamiętnik. Uwielbiałem myśleć przy pisaniu.

Drogi pamiętniku!
   Dzisiejsza noc zaczęła się, jak zawsze. Zwyczajnie. To miało być tylko polowanie, jednak coś zmieniło bieg rzeczy... a raczej, los postanowił namieszać w moim życiu właśnie teraz. 
   Ta noc nie była jednak zwyczajną, jak wszystkie inne. 
   Nie. Na pewno nie. 
   Tej nocy spotkałem mężczyznę, którego pojawienie się rozbudziło dawno uśpione wspomnienia.  
   Mianowicie: 
   "Pamiętam, jak dawno temu, gdy uciekałem z domu, miejsca, gdzie wszystkie koszmary wychodzą na wierzch, i chowałem się w lesie przed ojcem, pijakiem. Tam zawsze mogłem odpocząć, a w momencie, kiedy jest się rannym, tym bardziej jest to potrzebne.  
Pewnego dnia poszedłem tam, by odpocząć, zdrzemnąć się, zanim znalazłby mnie ojciec, bo w domu nie było mowy o takim luksusie, jakim jest sen. Właśnie wtedy spotkałem mężczyznę, który do tej pory nie zmienił się ani na jotę, nadal czaruje mnie tym swoim mroźnym, a za razem tak ciepłym spojrzeniem - to jest wręcz jak anomalia...! Cóż, z drugiej strony, jest w końcu taki, jak ja, więc to raczej byłoby fizycznie niemożliwe, by mógł się w jakiś sposób zmienić. Ktoś, kto już jest martwy nie może się zmienić. Prawda?
   Przemienił mnie wtedy, czyniąc tamtą noc ostatnią, jak i pierwszą w moim życiu. Kiedy nastąpił ten przełom w moim życiu, zmieniłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Stałem się silniejszy, mogłem postawić się ojcu, nie byłem już tak potulny. Nie bałem się go. To uratowało mi życie. 
Zabawne, co nie? 
   "Żeby żyć wiecznie, najpierw trzeba umrzeć", rzekł mężczyzna, a ja się zgodziłem, jako głodny świata i przygód młodziak."
   Jestem pewny, że to on. Mój wybawca. Dał mi siłę, moc oraz życie wieczne. Teraz na pewno przyszedł, by mnie stąd zabrać. Tak samo, jak parędziesiąt... a może paręset lat temu? Nie spytałem go o imię, jednakże wiem, że to Kane. 

-------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za lekkie opóźnienie i że takie krótkie, ale to były początki i nie rozpisywałam się wtedy zbytnio... Proszę nie bić! I tak już trochę w tym zmieniłam... :/
Jak zawsze, liczę na komentarze oraz proszę o cierpliwość w wyczekiwaniu na kolejną część. :)

Osobna wiadomość dla Ofelii: Jeszcze żyję, alfo. Nie martw się o mnie... Poza tym, na GG do Ciebie napiszę najwyżej jakoś jutro, bo coś mi na fonie nie pyka, a na laptopie nie ściągnęłam, żeby nie muliło. ;)

Pozdrawiam, 
Oli <3 

sobota, 16 sierpnia 2014

Miłość w barwie zieleni (wstęp do trylogii)

Opis:
1."Wieczność pragnienia", jest to krótkie opowiadanie w formie "outsidera", odskoczni. To historia o siedemnastoletnim Jeromie, który już w swoim krótkim życiu poznał przerażająco fascynujący Świat Fantasy, który jak się okazuje, nie istnieje wyłącznie w bajkach i filmach. To, co jest w naszej głowie, może być nie tylko złudzeniem w Świecie Realno-materialnym. O tym, jak młody wampir zmienia swoje dotychczasowe życie, a zaczyna się to od... spadnięcia z wysokości?! Jeżeli chcesz wiedzieć, jak to się stało, koniecznie przeczytaj pierwszą część trylogii o Miłości w kolorze zieleni.
2. Druga część serii pod tytułem "Księżyc na drzewie" opowiada o samotnym bracie Kane'a, który sprowadził się do Lasu po powrocie z zagranicy. Znajomy niegdyś las skrywa dla niego niespodziankę. Jednak, czy będzie gotów ją przyjąć?
3. "Głębia pożądania" to ostatnia część trylogii. Opowiada o zbuntowanym Alexie i niesfornym Lucasie. Chłopcy będą musieli we wczesnym wieku zrozumieć ich wzajemny, jakże silny pociąg do siebie nawzajem, stawić czoła silnie buzującym hormonom. Jak to nastolatki, nie wszystko będzie przychodziło im łatwo. Aby zobaczyć, co będzie im sprawiało największą trudność, a co wręcz przeciwnie, zapraszam do czytania!

Bohaterowie: 

Jerome Heart, 17


Kane Selway


Gabriel (Gabe) Selway


Charlotte (Lotty) Night, 33


Lucas (Luke) Selway, 16


Alexander (Alex) Steven Fell, 18 

Bohaterowie drugoplanowi: 



Abby Isabel Selway, 6

piątek, 15 sierpnia 2014

Serce na Granicy Mroku: Epilog

Witam, skończyłam - nareszcie! - przepisywać Epilog i mam nadzieję, że udobrucham tych, którzy poczuli się rozczarowani po ostatnim rozdziale. :) Tak sobie zaplanowałam od początku, tylko musiałam to jakoś zgrabnie wpleść w całość. Mam nadzieję, że mi się to udało. 
Będę teraz przepisywać te krótkie opka, które nazwałam:  
1. Wieczność pragnienia,
2. Księżyc na drzewie,
3. Głębia pożądania. 
(Druga i trzecia część przewidywane są jako dłuższe opowiadanka - szczególnie trzecia ;) ) Postanowiłam, że będą to po prostu Opowiadania-outsidery, zamiast One-shotów. :) 

Zapraszam Was do ocenienia tego na własną skalę. Życzę miłej lektury! :) 
------------------------------------------------------------------------------------------
W nocy wszystko wydaje się piękniejsze. Cień maskuje wszystkie niedoskonałości. Mrok wiernie spowija, nie pozwalając dostrzec zła. To mylne wrażenie, że wszystko się ułoży, że wszystko jeszcze może być dobrze. To znienawidzony czas, kiedy do umysłu wkraść chce się nadzieja. 
   
Nadzieja... To okrutny demon, gorszy od wszystkich innych. Jednak trudno w to uwierzyć, bo oszukuje wszystkich i siebie. Twierdzi, że jest aniołem... żałosne. 
   
Ciemność. Była wszędzie. Oblewała wszystko dookoła, niczym troskliwe ramiona; chowała go przed złem. Ironią jet to, że ona sama była złem. 
   
Nie czuł się bezpiecznie, ale przynajmniej mógł się schować. 
   
- Synu Potępionych, na planecie Czystego Zła wychowany, na własne życzenie przybywasz do Pana - rozległ się głęboki, bezcielesny głos, w którym pobrzmiewała oślizgła nuta szyderstwa. - Czegóż tu szukasz oraz czego mogę pragnąć w zamian? - ostatnie pytanie było, rzecz jasna, czysto teoretyczne; Pan Podziemi doskonale wiedział po co przybył, prawdopodobnie nawet lepiej, niż on sam, bo przecież nic by się przed nim nie ukryło. A czegóż może chcieć, jak przypuszczał, zostało zadane "dla zabawy". Diabeł wiedział, że może prosić, o co tylko sobie zamarzy, bowiem ci, którzy tu trafiają, bez wątpienia spełniają każde życzenie Jego Mości.   

Opuścił głowę, ukazując wyraz szacunku swemu Panu. Wiedział, iż nie będzie to łatwa rozmowa i że bez konsekwencji się nie obejdzie. Jednakże był gotowy na każde poświęcenie w imię swego celu. A jego priorytetem stało się odnalezienie ukochanego w Piekle.  
   
- Wiesz, że umysł twój dla mnie, niczym otwarta księga - odezwał się znów tajemniczo diabeł. 
   
- Skoro tak, znasz więc, Panie, moje myśli, obawy oraz pragnienia. - nie podniósł wzroku, a jego głos wyrażał szacunek, poddanie i uniżenie, co pochlebiło "złu wcielonemu". 
   
- Owszem. Obydwoje podjęliśmy decyzję już dawno temu. Ty, jako "człowiek", miałeś żyć na Ziemi, jednak być mi wierny, synu. Ja natomiast obiecałem, że będziesz miał powód do życia, jeśli swą karę z rąk ludzi przyjmiesz godnie, nie ugniesz się pod ciężarem presji z ich strony, a kiedy przyjdzie czas, wrócisz tutaj, do mnie. Zakładałem jednak, że wrócisz o wiele szybciej. Nie doceniłem cię. - Queen stał sparaliżowany, słuchając tych słów. Miał wrażenie, jakby Lucyfer to nie do niego mówił. Wszystko to wydawało się nielogiczne, jednak z drugiej strony, właściwe. Zupełnie, jakby wszystko, co przechodził na świecie, wreszcie w wyrazistym świetle nabrało sensu. 
  
- Quentinie – podjął diabeł na nowo. – Jesteś moim synem. Moim jedynym potomkiem, z prawdziwej krwi i kości. Oni – prychnął – mogą się tylko za takich podszywać. Jednak ty na zawsze zostaniesz moim synem.
   
Queen poczuł mrowienie w okolicy łopatek. Niewiadomo skąd, nagle rozbłysło i wszystko zostało oświetlone, jak się okazało, przez ogromny, kryształowy żyrandol. Miejsce, w którym się znajdowali, wyglądem przypominało jakby salę tronową jednego z najwykwintniejszych zamków XIX wieku. Wszystko było piękne: pozłacane ramy wielkich portretów, które ukazywały walki, bitwy lub postaci; drogocenne wazy; meble z jak najwspanialszego drewna. Dywany, którymi obłożona była dębowa podłoga, tak samo jak ściany, choć mógłby się założyć, że nie była to żadna farba, miały kolor wściekłej czerwieni.
   
Przesuwając wzrokiem po obrazach na długiej oraz wysokiej ścianie, zatrzymał się na portrecie najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek, ktokolwiek miałby szansę widzieć, a co dopiero spotkać. Wydawała mu się podejrzanie znajoma.
   
Poczuł obitą w twarde skóry dłoń na swoim ramieniu, więc spojrzał w stronę Lucyfera, który nie odrywał wzroku od obrazu. Spojrzał ponownie w to samo miejsce, co jego… ojciec.
   
- Oto prześliczne lico twej matki, Quentinie. – w jego głosie słyszał podziw, dumę, szacunek oraz… rodzaj rozczulenia? Dziwne, pomyślał, że sam diabeł, Pan Podziemi, Piekieł i jakby się zdawało, samej Ziemi, gdyż nigdy nikt nie zdołał pokonać go doszczętnie z tych wszystkich ludzi, śmiesznych świętych, czy choćby sam „Bóg”, mówił o kimś z takim szacunkiem, oddaniem. O kobiecie.  
   
Od zawsze uważał, że nie ma potężniejszej mocy od Mocy Zła. Ona zawsze ma pewną przewagę – nie gra fair. Nie da się jej przezwyciężyć w walce, tym bardziej w walce Dobra ze Złem. Dobro zawsze ulegnie „zasadom moralnym”, podczas gdy Zło – nie zna skrupułów. Dlatego od zawsze je podziwiał.
  
- Doprawdy, bardzo piękna, Panie – powiedział, wyrywając obydwoje z zamyślenia.
   
- Nie. Mów do mnie Ojcze. – spojrzał na niego i ze zdziwieniem odkrył, że nawet ten bezwzględny Władca potrafi się czule uśmiechać. Trochę zabolało go, że nawet sam diabeł mógł okazać mu więcej uczucia, niż jego „ludzki ojciec”.
   
Patrząc tak na niego, zdał sobie sprawę, że naprawdę są do siebie bardzo podobni. W rzeczywistości, Lucyfer był bardzo przystojnym mężczyzną. Cóż, jak to mówią, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wyglądał jak współczesny człowiek, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Stwierdził, że pewnie większość „nieśmiertelnych w ludzkiej skórze” musiało podobnie wyglądać.
   
Zauważył, że często używał cudzysłowie, lecz wszystko, co dotychczas było dla niego normą, nagle przestało takie być i na odwrót.
   
- Ojcze – powiedział cicho. Wspomniany mężczyzna naprawdę się wzruszył na to słowo. Rozłożył swe szerokie ramiona wraz z olbrzymimi, anielskimi skrzydłami. No cóż, może nie do końca były „anielskie”, gdyż zamiast nieskazitelnego, śnieżnobiałego koloru, nabrały czarnej, niczym smoła barwy.

Uczynił ten sam gest i stwierdził, że czuje nieznaczny ciężar na plecach. Ciekawiło go, czy jego uskrzydlenie wygląda tak samo, jak krewnego. 

Rzucili się w swoje ramiona, zatapiając się we wspólnej energii, wynikającej z połączenia ojca z synem. Queenowi zebrały się łzy pod powiekami. Chłopak, w tym momencie, naprawdę poczuł ogromne szczęście i trochę mu ulżyło, że George Dark nie był jego "prawdziwym" ojcem. Jednak nawet to wszystko nie pozwoliło mu zapomnieć o pustce w sercu po utraceniu swojej miłości. Musiał go znów odnaleźć. 

Z tą myślą odsunął się od ciepłego, silnego ciała Lucyfera. Spojrzał na niego poważnie. 

- Ojcze... Nie zrozum mnie źle. Naprawdę bardzo się cieszę, że mogę tu teraz z tobą być. Ale... - zawahał się, więc diabeł dokończył za niego:

- Ale potrzebujesz znaleźć się przy boku partnera. To zrozumiałe. Pozwól więc, że pokażę ci twoje komnaty oraz jak do nich dotrzeć, a później przestanę cię już męczyć - na ten czas. - uśmiechnął się łobuzersko. 

Szli szerokim korytarzem z wysokim sufitem, o majestatycznym wyglądzie. W ścianach zamieszczono wiele par ciężkich drzwi. Wydawały się być nawet dźwiękoszczelne, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę ogólne wrażenie, które sprawiał wygląd gmachu. Z tego, co zapamiętał, jedne prowadziły do jadalni, inne do kuchni, za jeszcze innymi kryły się schody na strych czy do piwnicy. Cała reszta pomieszczeń to z reguły sypialnie służby. 

Po drodze spotkali dwóch mężczyzn, o posturze wojowników, którzy widząc Pana, pokłonili swe głowy i nie podnosili, dopóki Lucyfer wraz z synem nie poszli dalej. Zatrzymali się przed ogromnymi wrotami; były dużo większe, różniły się od tych, które minęli. Wokół nie było żadnych innych drzwi, tylko ściany wykute z kamienia. 

- Oto twoje komnaty, mój synu. Zakazałem wszelkich zmian wewnątrz, od kiedy opuściłeś to miejsce, wyruszając na swoją "misję". - widząc jego zaciekawioną minę, dodał: - Wkrótce wszystko ci się przypomni. Służbę przedstawię ci innym razem, ponieważ wiem, że teraz co innego, a raczej - kto inny zaprząta twoją głowę - tłumaczył ojciec. - Kiedy będziesz gotów, odwiedzę cię - wtedy porozmawiamy - rzekł i wręczył do ręki klucz do wrót, wraz z jakąś karteczką.

Mrugnął do niego jedną powieką z długimi, grubymi, czarnym rzęsami - takimi samymi jak jego własne - i już go nie było. 

Queen zamrugał, by otrząsnąć się ze zdezorientowania, a następnie wzruszył ramionami i wszedł do swojej komnaty. 

***
Okazało się, że na owej karteczce była mapa. Ciekawy, zaraz po odświeżeniu się, poszedł zobaczyć dokąd prowadzi. Podobno ciekawość to pierwszy stopień do Piekła... ale jeśli już się w nim jest? Co wtedy? Czyżby można było upaść jeszcze niżej? Cóż, na ziemi, na pewno. 

Ubrany w same czarne spodnie i jego ulubione glany - oczywiście tego samego koloru, bo jakżeby inaczej -, szedł korytarzami, skręcając w inne wskazane na mapie. W końcu dotarł do miejsca, gdzie jego serce zaczęło szybciej bić. Stanął u progu ogromnego holu, gdzie echo odbijało się od wysokich ścian. Na pierwszy rzut oka był ciemny, chłód bił od kamiennych ścian, pomimo około trzydziestu stopni panujących wokół, wydawał się jakby opuszczony. Pewnie większość ludzi, przeszłaby obok tego pomieszczenia, nie zwracając na nie zbędnej uwagi. Queen jednak wiedział lepiej, ponieważ tutaj czuł obecność partnera najmocniej.  

- Darren? - wyszeptał z ogromną nadzieją, a echo poniosło jego głos głębiej w ciemność. Zapach, który ogłupił jego zmysły, jasno sugerował, że jego kochanek tu przebywał. Jednak, czy nadal tu jest? 

Wypuszczenie powietrza. 
Wdech. 
Westchnienie. 

- Kochanie? - usłyszał zachrypnięty głos, na dźwięk którego zabrakło mu miejsca w spodniach. Pobiegł w jego kierunku. Mimo wszechogarniającej ciemności, chłopak widział doskonale. 

Darren stał pośrodku holu, rozglądając się dookoła zdezorientowany. On także miał na sobie tylko jeansy. Nic dziwnego, to w końcu Piekło; ciężko wysiedzieć w pełni ubranym. Ale och, czorcie, on wyglądał tak seksownie, że aż powinni go zakazać...! Blada skóra, lekko zroszona potem, błyszczała seksownie, naciągnięta na silne mięśnie vampira. 

- Darren. 

- Quentin... - vampir nie wytrzymał i na oślep rzucił się w jego ramiona. Zaniósł się niepohamowanym szlochem. Drżał na całym ciele. Tylko przy partnerze pozwolił sobie na chwilę słabości. - W-wróciłeś do mnie. - pociągnął nosem przy jego szyi. Nowy zapach partnera wpłynął do jego płuc.

- Cii. Obiecałeś, więc musisz dotrzymać słowa i być ze mną na zawsze. Nawet śmierć cię od tego nie uchroni. Chociaż nie myślałem, że tak szybko będziesz chciał się mnie pozbyć! - zaśmiał się Queen.

- Zwariowałeś! I nie żartuj z tego, w takiej chwili! - zacisnął mocniej ramiona wokół niego i podniósł z ziemi, okręcając się z nim dookoła. - Zrobiłbym to nawet bez obietnicy. - znów powąchał jego szyję. 

- Co mnie tak niuchasz? - zaśmiał się młodszy, kiedy jego nos podrażnił wrażliwą skórę. - Łaskoczesz! 

- Pachniesz... ptasim mleczkiem? 

- Co?! 

Darren zaśmiał się. 

- To pewnie przez te skrzydła, Aniołku. - mruknął, po czym zaczął mówić pomiędzy namiętnymi pocałunkami: - Kocham - pocałunek - cię - pocałunek - Quentinie Dark - pocałunek.

- Cicho - także go pocałował. ~ Ja ciebie też bardzo kocham, Darrenie Stone. - wyszeptał w jego umyśle, dzięki nabytym nowym umiejętnościom. Trochę potrwa, zanim je całkowicie opanuje, ale ma przecież czas. Teraz już nigdzie mu się nie śpieszy. 

W wielkiej sali na jego wezwanie buchnęło płomieniami szkarłatnej czerwieni, a oni nie oddalając się od siebie, nadal stali w centrum przedstawienia, od pasa w górę nadzy, przytuleni ściśle do siebie. 

- Wow - szepnął Darren, kiedy czarne skrzydła Quentina zwiększyły się do maksymalnych rozmiarów, przykrywających ich jakby kołderką z czarnego, miękkiego pierza, by uchronić przed niechybnym spłonięciem. - Ptaszyno, podziwiam cię - powiedział zadziornie, na co brunet odpowiedział warknięciem, a ogień momentalnie zmienił się w lód. 

- Uważaj - mruknął, opierając czoło o jego. - Niewielu odważyłoby się igrać z synem samego diabła. - uśmiechnął się łobuzersko.

- Och, widzisz, ja mogę. Tak się akurat składa, że owy syn samego diabła jest moim... - urwał, gdy dotarło do niego znaczenie tych słów. - Zaraz, co?! 

Czarnooki zaśmiał się, prowadząc do swojej komnaty. Blondyn jednak przez całą drogę zasypywał go pytaniami, nie chcąc dać za wygraną. Do czasu, kiedy przekroczyli próg prywatnego mieszkania Queena w pałacu i został rzucony gwałtownie na wielkie, małżeńskie łoże. 

- Teraz, kochanie, koniec gadania. Buzia będzie ci potrzebna do czegoś innego i głos lepiej także zaoszczędź dla czegoś o wiele przyjemniejszego. - mrugnął do niego obiecująco. Jego vampirek nie opuści tego pokoju, dopóki nie wypróbują wszystkich fantazji, jakie kiedykolwiek im przyszły do głowy. 

Darren zaśmiał się, prawdopodobnie słysząc jego myśli. Jakoś mu to specjalnie nie przeszkadzało. W końcu to partner. 

- Nie obiecuj, nie obiecuj! - śmiał się głośno, dopóki Quentin nie rzucił się na niego z zamiarem załaskotania na śmierć.

Och, kurczaczki, jak ja go kocham - pomyśleli oboje, patrząc sobie głęboko w oczy, które teraz przybrały szczęśliwego wyrazu. Oby już na zawsze.

-------------------------------------------------------------------------------------------
Liczę, że się podobało, czekam na Wasze komentarze ;)

Pozdrawiam,
Oli :3