piątek, 15 sierpnia 2014

Serce na Granicy Mroku: Epilog

Witam, skończyłam - nareszcie! - przepisywać Epilog i mam nadzieję, że udobrucham tych, którzy poczuli się rozczarowani po ostatnim rozdziale. :) Tak sobie zaplanowałam od początku, tylko musiałam to jakoś zgrabnie wpleść w całość. Mam nadzieję, że mi się to udało. 
Będę teraz przepisywać te krótkie opka, które nazwałam:  
1. Wieczność pragnienia,
2. Księżyc na drzewie,
3. Głębia pożądania. 
(Druga i trzecia część przewidywane są jako dłuższe opowiadanka - szczególnie trzecia ;) ) Postanowiłam, że będą to po prostu Opowiadania-outsidery, zamiast One-shotów. :) 

Zapraszam Was do ocenienia tego na własną skalę. Życzę miłej lektury! :) 
------------------------------------------------------------------------------------------
W nocy wszystko wydaje się piękniejsze. Cień maskuje wszystkie niedoskonałości. Mrok wiernie spowija, nie pozwalając dostrzec zła. To mylne wrażenie, że wszystko się ułoży, że wszystko jeszcze może być dobrze. To znienawidzony czas, kiedy do umysłu wkraść chce się nadzieja. 
   
Nadzieja... To okrutny demon, gorszy od wszystkich innych. Jednak trudno w to uwierzyć, bo oszukuje wszystkich i siebie. Twierdzi, że jest aniołem... żałosne. 
   
Ciemność. Była wszędzie. Oblewała wszystko dookoła, niczym troskliwe ramiona; chowała go przed złem. Ironią jet to, że ona sama była złem. 
   
Nie czuł się bezpiecznie, ale przynajmniej mógł się schować. 
   
- Synu Potępionych, na planecie Czystego Zła wychowany, na własne życzenie przybywasz do Pana - rozległ się głęboki, bezcielesny głos, w którym pobrzmiewała oślizgła nuta szyderstwa. - Czegóż tu szukasz oraz czego mogę pragnąć w zamian? - ostatnie pytanie było, rzecz jasna, czysto teoretyczne; Pan Podziemi doskonale wiedział po co przybył, prawdopodobnie nawet lepiej, niż on sam, bo przecież nic by się przed nim nie ukryło. A czegóż może chcieć, jak przypuszczał, zostało zadane "dla zabawy". Diabeł wiedział, że może prosić, o co tylko sobie zamarzy, bowiem ci, którzy tu trafiają, bez wątpienia spełniają każde życzenie Jego Mości.   

Opuścił głowę, ukazując wyraz szacunku swemu Panu. Wiedział, iż nie będzie to łatwa rozmowa i że bez konsekwencji się nie obejdzie. Jednakże był gotowy na każde poświęcenie w imię swego celu. A jego priorytetem stało się odnalezienie ukochanego w Piekle.  
   
- Wiesz, że umysł twój dla mnie, niczym otwarta księga - odezwał się znów tajemniczo diabeł. 
   
- Skoro tak, znasz więc, Panie, moje myśli, obawy oraz pragnienia. - nie podniósł wzroku, a jego głos wyrażał szacunek, poddanie i uniżenie, co pochlebiło "złu wcielonemu". 
   
- Owszem. Obydwoje podjęliśmy decyzję już dawno temu. Ty, jako "człowiek", miałeś żyć na Ziemi, jednak być mi wierny, synu. Ja natomiast obiecałem, że będziesz miał powód do życia, jeśli swą karę z rąk ludzi przyjmiesz godnie, nie ugniesz się pod ciężarem presji z ich strony, a kiedy przyjdzie czas, wrócisz tutaj, do mnie. Zakładałem jednak, że wrócisz o wiele szybciej. Nie doceniłem cię. - Queen stał sparaliżowany, słuchając tych słów. Miał wrażenie, jakby Lucyfer to nie do niego mówił. Wszystko to wydawało się nielogiczne, jednak z drugiej strony, właściwe. Zupełnie, jakby wszystko, co przechodził na świecie, wreszcie w wyrazistym świetle nabrało sensu. 
  
- Quentinie – podjął diabeł na nowo. – Jesteś moim synem. Moim jedynym potomkiem, z prawdziwej krwi i kości. Oni – prychnął – mogą się tylko za takich podszywać. Jednak ty na zawsze zostaniesz moim synem.
   
Queen poczuł mrowienie w okolicy łopatek. Niewiadomo skąd, nagle rozbłysło i wszystko zostało oświetlone, jak się okazało, przez ogromny, kryształowy żyrandol. Miejsce, w którym się znajdowali, wyglądem przypominało jakby salę tronową jednego z najwykwintniejszych zamków XIX wieku. Wszystko było piękne: pozłacane ramy wielkich portretów, które ukazywały walki, bitwy lub postaci; drogocenne wazy; meble z jak najwspanialszego drewna. Dywany, którymi obłożona była dębowa podłoga, tak samo jak ściany, choć mógłby się założyć, że nie była to żadna farba, miały kolor wściekłej czerwieni.
   
Przesuwając wzrokiem po obrazach na długiej oraz wysokiej ścianie, zatrzymał się na portrecie najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek, ktokolwiek miałby szansę widzieć, a co dopiero spotkać. Wydawała mu się podejrzanie znajoma.
   
Poczuł obitą w twarde skóry dłoń na swoim ramieniu, więc spojrzał w stronę Lucyfera, który nie odrywał wzroku od obrazu. Spojrzał ponownie w to samo miejsce, co jego… ojciec.
   
- Oto prześliczne lico twej matki, Quentinie. – w jego głosie słyszał podziw, dumę, szacunek oraz… rodzaj rozczulenia? Dziwne, pomyślał, że sam diabeł, Pan Podziemi, Piekieł i jakby się zdawało, samej Ziemi, gdyż nigdy nikt nie zdołał pokonać go doszczętnie z tych wszystkich ludzi, śmiesznych świętych, czy choćby sam „Bóg”, mówił o kimś z takim szacunkiem, oddaniem. O kobiecie.  
   
Od zawsze uważał, że nie ma potężniejszej mocy od Mocy Zła. Ona zawsze ma pewną przewagę – nie gra fair. Nie da się jej przezwyciężyć w walce, tym bardziej w walce Dobra ze Złem. Dobro zawsze ulegnie „zasadom moralnym”, podczas gdy Zło – nie zna skrupułów. Dlatego od zawsze je podziwiał.
  
- Doprawdy, bardzo piękna, Panie – powiedział, wyrywając obydwoje z zamyślenia.
   
- Nie. Mów do mnie Ojcze. – spojrzał na niego i ze zdziwieniem odkrył, że nawet ten bezwzględny Władca potrafi się czule uśmiechać. Trochę zabolało go, że nawet sam diabeł mógł okazać mu więcej uczucia, niż jego „ludzki ojciec”.
   
Patrząc tak na niego, zdał sobie sprawę, że naprawdę są do siebie bardzo podobni. W rzeczywistości, Lucyfer był bardzo przystojnym mężczyzną. Cóż, jak to mówią, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wyglądał jak współczesny człowiek, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Stwierdził, że pewnie większość „nieśmiertelnych w ludzkiej skórze” musiało podobnie wyglądać.
   
Zauważył, że często używał cudzysłowie, lecz wszystko, co dotychczas było dla niego normą, nagle przestało takie być i na odwrót.
   
- Ojcze – powiedział cicho. Wspomniany mężczyzna naprawdę się wzruszył na to słowo. Rozłożył swe szerokie ramiona wraz z olbrzymimi, anielskimi skrzydłami. No cóż, może nie do końca były „anielskie”, gdyż zamiast nieskazitelnego, śnieżnobiałego koloru, nabrały czarnej, niczym smoła barwy.

Uczynił ten sam gest i stwierdził, że czuje nieznaczny ciężar na plecach. Ciekawiło go, czy jego uskrzydlenie wygląda tak samo, jak krewnego. 

Rzucili się w swoje ramiona, zatapiając się we wspólnej energii, wynikającej z połączenia ojca z synem. Queenowi zebrały się łzy pod powiekami. Chłopak, w tym momencie, naprawdę poczuł ogromne szczęście i trochę mu ulżyło, że George Dark nie był jego "prawdziwym" ojcem. Jednak nawet to wszystko nie pozwoliło mu zapomnieć o pustce w sercu po utraceniu swojej miłości. Musiał go znów odnaleźć. 

Z tą myślą odsunął się od ciepłego, silnego ciała Lucyfera. Spojrzał na niego poważnie. 

- Ojcze... Nie zrozum mnie źle. Naprawdę bardzo się cieszę, że mogę tu teraz z tobą być. Ale... - zawahał się, więc diabeł dokończył za niego:

- Ale potrzebujesz znaleźć się przy boku partnera. To zrozumiałe. Pozwól więc, że pokażę ci twoje komnaty oraz jak do nich dotrzeć, a później przestanę cię już męczyć - na ten czas. - uśmiechnął się łobuzersko. 

Szli szerokim korytarzem z wysokim sufitem, o majestatycznym wyglądzie. W ścianach zamieszczono wiele par ciężkich drzwi. Wydawały się być nawet dźwiękoszczelne, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę ogólne wrażenie, które sprawiał wygląd gmachu. Z tego, co zapamiętał, jedne prowadziły do jadalni, inne do kuchni, za jeszcze innymi kryły się schody na strych czy do piwnicy. Cała reszta pomieszczeń to z reguły sypialnie służby. 

Po drodze spotkali dwóch mężczyzn, o posturze wojowników, którzy widząc Pana, pokłonili swe głowy i nie podnosili, dopóki Lucyfer wraz z synem nie poszli dalej. Zatrzymali się przed ogromnymi wrotami; były dużo większe, różniły się od tych, które minęli. Wokół nie było żadnych innych drzwi, tylko ściany wykute z kamienia. 

- Oto twoje komnaty, mój synu. Zakazałem wszelkich zmian wewnątrz, od kiedy opuściłeś to miejsce, wyruszając na swoją "misję". - widząc jego zaciekawioną minę, dodał: - Wkrótce wszystko ci się przypomni. Służbę przedstawię ci innym razem, ponieważ wiem, że teraz co innego, a raczej - kto inny zaprząta twoją głowę - tłumaczył ojciec. - Kiedy będziesz gotów, odwiedzę cię - wtedy porozmawiamy - rzekł i wręczył do ręki klucz do wrót, wraz z jakąś karteczką.

Mrugnął do niego jedną powieką z długimi, grubymi, czarnym rzęsami - takimi samymi jak jego własne - i już go nie było. 

Queen zamrugał, by otrząsnąć się ze zdezorientowania, a następnie wzruszył ramionami i wszedł do swojej komnaty. 

***
Okazało się, że na owej karteczce była mapa. Ciekawy, zaraz po odświeżeniu się, poszedł zobaczyć dokąd prowadzi. Podobno ciekawość to pierwszy stopień do Piekła... ale jeśli już się w nim jest? Co wtedy? Czyżby można było upaść jeszcze niżej? Cóż, na ziemi, na pewno. 

Ubrany w same czarne spodnie i jego ulubione glany - oczywiście tego samego koloru, bo jakżeby inaczej -, szedł korytarzami, skręcając w inne wskazane na mapie. W końcu dotarł do miejsca, gdzie jego serce zaczęło szybciej bić. Stanął u progu ogromnego holu, gdzie echo odbijało się od wysokich ścian. Na pierwszy rzut oka był ciemny, chłód bił od kamiennych ścian, pomimo około trzydziestu stopni panujących wokół, wydawał się jakby opuszczony. Pewnie większość ludzi, przeszłaby obok tego pomieszczenia, nie zwracając na nie zbędnej uwagi. Queen jednak wiedział lepiej, ponieważ tutaj czuł obecność partnera najmocniej.  

- Darren? - wyszeptał z ogromną nadzieją, a echo poniosło jego głos głębiej w ciemność. Zapach, który ogłupił jego zmysły, jasno sugerował, że jego kochanek tu przebywał. Jednak, czy nadal tu jest? 

Wypuszczenie powietrza. 
Wdech. 
Westchnienie. 

- Kochanie? - usłyszał zachrypnięty głos, na dźwięk którego zabrakło mu miejsca w spodniach. Pobiegł w jego kierunku. Mimo wszechogarniającej ciemności, chłopak widział doskonale. 

Darren stał pośrodku holu, rozglądając się dookoła zdezorientowany. On także miał na sobie tylko jeansy. Nic dziwnego, to w końcu Piekło; ciężko wysiedzieć w pełni ubranym. Ale och, czorcie, on wyglądał tak seksownie, że aż powinni go zakazać...! Blada skóra, lekko zroszona potem, błyszczała seksownie, naciągnięta na silne mięśnie vampira. 

- Darren. 

- Quentin... - vampir nie wytrzymał i na oślep rzucił się w jego ramiona. Zaniósł się niepohamowanym szlochem. Drżał na całym ciele. Tylko przy partnerze pozwolił sobie na chwilę słabości. - W-wróciłeś do mnie. - pociągnął nosem przy jego szyi. Nowy zapach partnera wpłynął do jego płuc.

- Cii. Obiecałeś, więc musisz dotrzymać słowa i być ze mną na zawsze. Nawet śmierć cię od tego nie uchroni. Chociaż nie myślałem, że tak szybko będziesz chciał się mnie pozbyć! - zaśmiał się Queen.

- Zwariowałeś! I nie żartuj z tego, w takiej chwili! - zacisnął mocniej ramiona wokół niego i podniósł z ziemi, okręcając się z nim dookoła. - Zrobiłbym to nawet bez obietnicy. - znów powąchał jego szyję. 

- Co mnie tak niuchasz? - zaśmiał się młodszy, kiedy jego nos podrażnił wrażliwą skórę. - Łaskoczesz! 

- Pachniesz... ptasim mleczkiem? 

- Co?! 

Darren zaśmiał się. 

- To pewnie przez te skrzydła, Aniołku. - mruknął, po czym zaczął mówić pomiędzy namiętnymi pocałunkami: - Kocham - pocałunek - cię - pocałunek - Quentinie Dark - pocałunek.

- Cicho - także go pocałował. ~ Ja ciebie też bardzo kocham, Darrenie Stone. - wyszeptał w jego umyśle, dzięki nabytym nowym umiejętnościom. Trochę potrwa, zanim je całkowicie opanuje, ale ma przecież czas. Teraz już nigdzie mu się nie śpieszy. 

W wielkiej sali na jego wezwanie buchnęło płomieniami szkarłatnej czerwieni, a oni nie oddalając się od siebie, nadal stali w centrum przedstawienia, od pasa w górę nadzy, przytuleni ściśle do siebie. 

- Wow - szepnął Darren, kiedy czarne skrzydła Quentina zwiększyły się do maksymalnych rozmiarów, przykrywających ich jakby kołderką z czarnego, miękkiego pierza, by uchronić przed niechybnym spłonięciem. - Ptaszyno, podziwiam cię - powiedział zadziornie, na co brunet odpowiedział warknięciem, a ogień momentalnie zmienił się w lód. 

- Uważaj - mruknął, opierając czoło o jego. - Niewielu odważyłoby się igrać z synem samego diabła. - uśmiechnął się łobuzersko.

- Och, widzisz, ja mogę. Tak się akurat składa, że owy syn samego diabła jest moim... - urwał, gdy dotarło do niego znaczenie tych słów. - Zaraz, co?! 

Czarnooki zaśmiał się, prowadząc do swojej komnaty. Blondyn jednak przez całą drogę zasypywał go pytaniami, nie chcąc dać za wygraną. Do czasu, kiedy przekroczyli próg prywatnego mieszkania Queena w pałacu i został rzucony gwałtownie na wielkie, małżeńskie łoże. 

- Teraz, kochanie, koniec gadania. Buzia będzie ci potrzebna do czegoś innego i głos lepiej także zaoszczędź dla czegoś o wiele przyjemniejszego. - mrugnął do niego obiecująco. Jego vampirek nie opuści tego pokoju, dopóki nie wypróbują wszystkich fantazji, jakie kiedykolwiek im przyszły do głowy. 

Darren zaśmiał się, prawdopodobnie słysząc jego myśli. Jakoś mu to specjalnie nie przeszkadzało. W końcu to partner. 

- Nie obiecuj, nie obiecuj! - śmiał się głośno, dopóki Quentin nie rzucił się na niego z zamiarem załaskotania na śmierć.

Och, kurczaczki, jak ja go kocham - pomyśleli oboje, patrząc sobie głęboko w oczy, które teraz przybrały szczęśliwego wyrazu. Oby już na zawsze.

-------------------------------------------------------------------------------------------
Liczę, że się podobało, czekam na Wasze komentarze ;)

Pozdrawiam,
Oli :3 

3 komentarze:

  1. No i taki koniec podoba mi się najbardziej :)))
    Super pomyślane.
    Najpierw wstrząsnęłaś czytelnikami, żeby potem ich ugłaskać :D
    A do tego syn lucyfera ???nieźle, nieźle wykombinowane.
    No ale dobrze, że mogą być razem :)
    Opko naprawdę rewelacja.
    A najbardziej spodobał mi się koniec "Och Kurczaczki, jak ja go kocham"
    Suuuuuper :D
    Pozdrawiam i
    Weny życze
    Czekam na więcej
    lucynaleg

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam sie z Lucynaleg, tylko czuje niedosyt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    wspaniałe zakończenie tego opowiadania, spotkali się ponownie.. a sam Dark okazał się synem Lucyfera
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń