sobota, 30 sierpnia 2014

Wieczność pragnienia II

Nie wiem, kiedy usnąłem, ale już ranek. Wstałem, przeciągnąłem się i wszedłem po schodach. Otworzyłem drzwi frontowe. Wyszedłem na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Czułem czyjąś obecność w pobliżu i owa "obecność" była taka jak ja.

To bujda, że wampiry nie mogą wychodzić na słońce, nie świecą się w jego blasku, niczym kule dyskotekowe, nie płoną żywym ogniem. Tak, jak wilkołaki nie polują na ludzi, by ich pożreć czy też zamienić w takiego samego "potwora", jakimi są. Wilkołak nie jest jak pies, nie szuka ofiary do poganiania. On zabija tylko w ostateczności, a zwłok z całą pewnością nie pożera. A żeby stać się jednym z nich i nie podbić futrzastego świata, jako wyrzutek-niedorobek, trzeba się urodzić w odpowiednim czasie, uaktywnić klątwę, co zazwyczaj kończy się tragicznie. Cóż, jeśli idzie o inne leśne czy nocne stworzenia - po części legendy, które krążą wśród ludzi, mogą mieć krztę prawdy w sobie, jednak nie wszystko.

Aczkolwiek, zawsze bawiły mnie bajeczki, wymyślane specjalnie dla ludzi, by czuli się bezpiecznie w "swoim normalnym świecie". Prawda jednak była inna.  Ich piękny świat... To wcale nie ludzie nim rządzą. Ludzie są marnym podgatunkiem, repliką prawdziwych władców. Władców nocy, jak to sobie upodobali.

Ja, po tylu latach, nauczyłem się pamiętać, że wszystko, przed czym ostrzegają rodzice swoje dzieci, czym straszą je, gdy są niegrzeczne, co wymyślają, jako "straszne historie", opowieści oraz to, co sami możemy sobie wyobrazić - to wszystko istnieje. Pamiętaj, uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze się to spełni. Ile razy było tak, że idąc, bądź będąc gdzieś, mieliście wrażenie, że coś was obserwuje, śledzi? Odwracacie się, a tam nic i wmawiacie sobie, że to się wam po prostu wydawało? To było naprawdę. Tylko stworzenia nocy są bardzo potężne, doskonale wiedzą, kiedy się odwrócicie i zdążą po prostu zniknąć. To jedna z niewielu ich cech.

Nadal rozmyślając, przeszedłem pod wysokim drzewem świerkowym, stojącym około trzech metrów od mojego domu. Usłyszałem trzask i wciągane ze świstem rześkie, poranne, pachnące jeszcze rosą, powietrze do płuc. Nagle poczułem, jak coś ciężkiego zwala mi się na głowę, a potem wgniata moje ciało w miękką, wilgotną trawę. Szlag! Przez zamyślenie straciłem czujność i mogłem zostać zaatakowany w progu własnego domu! To niedopuszczalne, szczególnie dla wampira. Muszę być bardziej ostrożny.

- Uła - jęknąłem pod czyimś ciałem, leżąc plackiem na ziemi. Ciało to było... męskie i tak niesamowicie pachniało! Zupełnie jak...

Nie. Niemożliwe!

- Kane - szepnąłem, ledwo dosłyszalnie. Ciężar zniknął tak prędko, jak się pojawił, a ja poczułem, jak ktoś mnie bierze na ręce. Wniósł mnie do mojego domu.

Pod sobą poczułem kanapę, a moje zmiażdżone, zmaltretowane przez intruza ciało przyjęło to z ulgą. Zostałem przykryty miękkim kocem, który zazwyczaj robi za narzutę. Otworzyłem powoli powieki i pierwsze, co zobaczyłem, to niesamowicie przystojna twarz Kane'a.

- Widzę, że zdecydowałeś się przetestować moje "hobby" - wymamrotałem dość chłodnym tonem, jak wczoraj wieczorem. To co, że mi się spodobał? Że zawsze tak było? Nie dam mu przecież tego po sobie poznać!

Zaśmiał się cicho zdenerwowany. Jego dźwięczny głos jeszcze długo dudnił mi w uszach, mimo że ten już przestał się śmiać.

- Taa. Muszę dopracować lądowanie. Choć z drugiej strony - nie śmiem narzekać - powiedział, patrząc na mnie i ruszając w zabawny sposób brwiami. Na to ja zmarszczyłem swoje i zaśmiałem się głośno, nie mogąc już powstrzymać. Brunet nie odrywał ode mnie wzroku, wyglądał jak oczarowany, więc po dłuższej chwili milczenia, zapytałem:

- Na co się tak patrzysz? - Ten, jakby dopiero teraz oprzytomniał, zamrugał słodko oczkami i przeczesał palcami swoje długie, czarne włosy.

- Na ciebie, słońce. - No nie, mięknę! Rozczuliło mnie to. - Jer, chcesz coś do picia? - Brak odpowiedzi. - W takim razie pójdę zrobić kawę. - Wstał z kucek i poszedł w stronę kuchni. Hej, przecież ja nie powiedziałem nic w stylu "Rozgość się"! A może powiedziałem...? Walnął mnie w głowę, czy jak? Tak, to na pewno jego wina, że wariuję.

Gdy wrócił z dwoma dużymi kubkami w jednej dłoni i cukierniczką w drugiej, poczułem nieodpartą potrzebę krwi. Musiałem się dokarmić. Mimo wszystko, jestem nadal młodym wampirem i muszę pobierać jak najwięcej krwi.

Kiedy obstawił kubki na ławę obok, pochylił się nade mną. Niewiele myśląc, chwyciłem go za kark i  pociągnąłem tak, że stracił równowagę i ponownie wylądował na mnie. Jednym ruchem wbiłem kły w apetyczną, mleczną skórę na szyi Kane'a. Wampirza esencja też jest bardzo odżywcza, jednak szkopuł w tym, iż mało który osobnik czystej krwi pozwala na coś takiego. Częściej może się to zdarzać u osób związanych ze sobą. Nie mogą znieść myśli o pożywianiu się od kogoś innego, więc robią to od siebie nawzajem.

Jednak brunet się nie wyrywał. Wręcz przeciwnie - wplótł swoje długie, silne palce w moje blond włosy i głaskał czule, podczas gdy ja czerpałem z jego sił. Na smak jego krwi poczułem, że braknie mi miejsca w spodniach, a on jeszcze leżał na mnie, ocierając się niby to przypadkowo swoimi strategicznymi miejscami o moje, mrucząc tym swoim głębokim, niskim głosem mi koło ucha! Ja zwariuję! Albo już zwariowałem. Jego esencja smakowała lepiej, niż wszystko, czego do tej pory próbowałem. Jest tylko jeden osobnik, którego krew może tak bardzo smakować wampirowi. Tylko jedna osoba na świecie, tak pasująca do Ciebie.

Wiem, że to on. Zawsze tak myślałem. Teraz to wiem. Co znaczy, że muszę go...

Ugh, nie sądziłem, że upadnę tak nisko. Że posunę się aż do takich skrajnych uczuć, względem mojego wybawiciela.

Oderwałem się od niego przerażony biegiem swoich myśli.

- Kane - wyszeptałem, patrząc w jego lodowate oczy. Mogąc - jak każdy wampir - czytać w myślach, brunet od razu wiedział, o co mi chodzi. - Partner.

- Tak - potwierdził, ku mojemu przerażeniu. Mimo tego, całe napięcie spowodowane podnieceniem, nie opadło. - Jestem twoim partnerem więzi. Na zawsze. Jestem tu i już nigdy cię nie zostawię, Jerome - obiecał, nie odrywając wzroku od mojego. W błękitnych oczach malowała się powaga... i miłość. - Tak długo na ciebie czekałem.

- Bo czekałeś - powiedziałem gorzko. Jak zwykle musiałem coś popsuć. A mogłem siedzieć cicho! Teraz, kiedy już się odezwałem, znając mnie dorzucę jeszcze: - Gdybyś nie czekał lub nie porzucił mnie na samym początku - nie cierpielibyśmy. - Świadomie wpędzałem go w poczucie winy, budząc wyrzuty sumienia. Kazałem mu tym samym stać się bardziej ludzkim. Zobaczyłem ból w jego niesamowitych oczach, a z moich własnych pociekły łzy.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tutaj chcę dodać, że kolejne rozdziały będą (powinny) pojawiać się w sobotę. (Jakby co, to proszę mnie bombardować gdzie popadnie, bo skleroza nie boli ;) )

Pozdrawiam, liczę, że się podobało. :D
Oli :3

niedziela, 24 sierpnia 2014

Wieczność pragnienia I

Witam, to opowiadanie w całości chciałabym zadedykować Youki-chan oraz mojej alfie, Ofelii Rose. ;)
Youki-chan (autorka bloga: http://klamstwa-utopione-w-morzu-lez.blogspot.com/), nie jestem pewna, czy to czytasz, ale chciałam Ci pokazać, że nie zapomniałam o naszych początkach. :D
Ofelio (autorka - między innymi - bloga: http://ofeliaroseopyaoi.blogspot.com/), hm, może opowiadanie Cię nie zachwyci, ale sądzę, że to, iż to bardziej Twoje klimaty, powinno Cię zadowolić (lub ewentualnie udobruchać po ostatnim opowiadaniu, którego nawet nie odważyłaś się skomentować! :c ). :)
------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jerome. Tak właśnie mam na imię. Jestem synem faceta, który mnie nienawidzi. Nie znałem mojej matki. Nie mam rodzeństwa. Jestem tylko sam z ojcem. Ale nie mieszkam z nim. Zadomowiłem się w starej kamienicy w głębi lasu. On o tym nie wie. Pewnie myśli, że nie żyję... albo sam już kopnął w kalendarz? Nieważne, straciłem rachubę. Tak czy inaczej, tak jest lepiej. Nie będzie mnie szukał. Sam daję sobie świetnie radę. Mam siedemnaście lat, ale już od dawna nie jestem człowiekiem.

Właśnie w tym momencie wyłamałem drzwi do domu jakiejś rodziny. Czuję dziecięcą, niewinną krew, która mnie tu przywiodła. Dawno nic nie jadłem. Jestem głodny!

Po cichu wszedłem do sypialni, gdzie znalazłem śpiących ludzi koło trzydziestki. Zabiłem ich bez trudu, pozbawiając soczystej esencji. Poszedłem spokojnie do pokoju dziecięcego, gdzie znalazłem małego chłopczyka. Na oko mógłby mieć może z siedem lat. Spał niespokojnie, od kiedy tylko wszedłem do pokoju. Podobno dzieci mają szósty zmysł. Dziwne. Zupełnie, jakby wiedział, że tej nocy nie przeżyje; rano nie obudzi się roześmiany, nie pójdzie wesoło na śniadanie, by życzyć miłego dnia rodzicom, mama nie pocałuje w czółko, a ojciec nie zawiezie do szkoły.

Gładkim ruchem wbiłem kły w gorącą, słodką tętnicę. Krew zaczęła spływać do mojego gardła gęsta i odurzająco słodka. Po tym każdy wampir mógł stwierdzić, że osoba w jej posiadaniu, nie zaznała w swoim życiu wiele cierpienia.

Po osuszeniu kolejnego ciała z czerwonej cieczy, wyskoczyłem po prostu przez otwarte okno. Nigdy nie troszczę się o zacieranie śladów. Wylądowałem w przysiadzie na nierównym chodniku. Noc była przyjemna, więc miałem na sobie wygodny T-shirt, jeansy oraz czarne trampki.

Nagle zorientowałam się, że ktoś nade mną stoi. Wyprostowałem się, podnosząc hardo brodę, odchylając głowę lekko w tył. 

Facet o muskularnej sylwetce był dobre dwadzieścia centymetrów wyższy ode mnie, a ja wcale do niskich nie należałem. Miał czarne, długie włosy oraz lodowato-błękitne oczy. Sprawiały wrażenie, jakby ich tęczówka autentycznie zamarzła arktycznym lodem. Wysokie kości policzkowe i silnie zarysowana szczęka z kozią bródką, podkreślały piękno jego twardej urody.

- Co ty, do kurwy nędzy, wyprawiasz?! - wybuchnął z pretensjami do mnie, nie przejmując się formami grzecznościowymi "per pan", tylko od razu zwracając się do mnie na "ty". - Takie hobby: spadanie na innych z różnych wysokości?! - naskoczył na mnie, lecz gdy przyjrzał mi się dokładniej, cały gniew zdawać by się mogło, uleciał z niego jak z przebitego balonika; wyraz jego oczu złagodniał. Wyglądał, jakby zamarł.

- Przepraszam. Ćwiczę sztukę latania - prychnąłem cynicznie, ulegając chęci wytknięcia do niego języka.

- Dobra, w porządku. Przepraszam, okej? Nic sobie nie zrobiłeś? - zapytał, kiedy już się ocknął całkiem ze swojego amoku. Phi, troskliwy... tak, jakby to miało jakieś znaczenie?

Pokręciłem głową na boki, prychając. Minąłem go, nie zwracając na niego większej uwagi. Popędziłem prosto w stronę "mojego" lasu, ale jeszcze długo czułem na plecach jego wzrok. Potraktowałem go chłodno, mimo że to on jest w posiadaniu tych jakże niezwykłych oczu.

Ha! Dziwne. Niby taki lodowaty, a parzy jak żywy ogień... Nieważne.

Gdy już spomiędzy drzew wyłoniła się moja chatka, od razu popędziłem do piwnicy. Zapaliłem pojedynczą świecę, a ciepłe światło oblało całe pomieszczenie czerwonym blaskiem. Było to moje ulubione miejsce w tym domu, więc był tutaj ładny dywan, stoliczek oraz kilka świec, które były poustawiane na nim kolorystycznie. Wyremontowałem pomieszczenie tak, że teraz przypominało tylko podziemny pokój. Ściany wypełniłem regałami, na których poukładałem moje ulubione książki.

Jednak dzisiaj nie chciałem czytać, lecz pisać. Usiadłem przy stoliczku i otworzyłem swój pamiętnik. Uwielbiałem myśleć przy pisaniu.

Drogi pamiętniku!
   Dzisiejsza noc zaczęła się, jak zawsze. Zwyczajnie. To miało być tylko polowanie, jednak coś zmieniło bieg rzeczy... a raczej, los postanowił namieszać w moim życiu właśnie teraz. 
   Ta noc nie była jednak zwyczajną, jak wszystkie inne. 
   Nie. Na pewno nie. 
   Tej nocy spotkałem mężczyznę, którego pojawienie się rozbudziło dawno uśpione wspomnienia.  
   Mianowicie: 
   "Pamiętam, jak dawno temu, gdy uciekałem z domu, miejsca, gdzie wszystkie koszmary wychodzą na wierzch, i chowałem się w lesie przed ojcem, pijakiem. Tam zawsze mogłem odpocząć, a w momencie, kiedy jest się rannym, tym bardziej jest to potrzebne.  
Pewnego dnia poszedłem tam, by odpocząć, zdrzemnąć się, zanim znalazłby mnie ojciec, bo w domu nie było mowy o takim luksusie, jakim jest sen. Właśnie wtedy spotkałem mężczyznę, który do tej pory nie zmienił się ani na jotę, nadal czaruje mnie tym swoim mroźnym, a za razem tak ciepłym spojrzeniem - to jest wręcz jak anomalia...! Cóż, z drugiej strony, jest w końcu taki, jak ja, więc to raczej byłoby fizycznie niemożliwe, by mógł się w jakiś sposób zmienić. Ktoś, kto już jest martwy nie może się zmienić. Prawda?
   Przemienił mnie wtedy, czyniąc tamtą noc ostatnią, jak i pierwszą w moim życiu. Kiedy nastąpił ten przełom w moim życiu, zmieniłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Stałem się silniejszy, mogłem postawić się ojcu, nie byłem już tak potulny. Nie bałem się go. To uratowało mi życie. 
Zabawne, co nie? 
   "Żeby żyć wiecznie, najpierw trzeba umrzeć", rzekł mężczyzna, a ja się zgodziłem, jako głodny świata i przygód młodziak."
   Jestem pewny, że to on. Mój wybawca. Dał mi siłę, moc oraz życie wieczne. Teraz na pewno przyszedł, by mnie stąd zabrać. Tak samo, jak parędziesiąt... a może paręset lat temu? Nie spytałem go o imię, jednakże wiem, że to Kane. 

-------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za lekkie opóźnienie i że takie krótkie, ale to były początki i nie rozpisywałam się wtedy zbytnio... Proszę nie bić! I tak już trochę w tym zmieniłam... :/
Jak zawsze, liczę na komentarze oraz proszę o cierpliwość w wyczekiwaniu na kolejną część. :)

Osobna wiadomość dla Ofelii: Jeszcze żyję, alfo. Nie martw się o mnie... Poza tym, na GG do Ciebie napiszę najwyżej jakoś jutro, bo coś mi na fonie nie pyka, a na laptopie nie ściągnęłam, żeby nie muliło. ;)

Pozdrawiam, 
Oli <3 

sobota, 16 sierpnia 2014

Miłość w barwie zieleni (wstęp do trylogii)

Opis:
1."Wieczność pragnienia", jest to krótkie opowiadanie w formie "outsidera", odskoczni. To historia o siedemnastoletnim Jeromie, który już w swoim krótkim życiu poznał przerażająco fascynujący Świat Fantasy, który jak się okazuje, nie istnieje wyłącznie w bajkach i filmach. To, co jest w naszej głowie, może być nie tylko złudzeniem w Świecie Realno-materialnym. O tym, jak młody wampir zmienia swoje dotychczasowe życie, a zaczyna się to od... spadnięcia z wysokości?! Jeżeli chcesz wiedzieć, jak to się stało, koniecznie przeczytaj pierwszą część trylogii o Miłości w kolorze zieleni.
2. Druga część serii pod tytułem "Księżyc na drzewie" opowiada o samotnym bracie Kane'a, który sprowadził się do Lasu po powrocie z zagranicy. Znajomy niegdyś las skrywa dla niego niespodziankę. Jednak, czy będzie gotów ją przyjąć?
3. "Głębia pożądania" to ostatnia część trylogii. Opowiada o zbuntowanym Alexie i niesfornym Lucasie. Chłopcy będą musieli we wczesnym wieku zrozumieć ich wzajemny, jakże silny pociąg do siebie nawzajem, stawić czoła silnie buzującym hormonom. Jak to nastolatki, nie wszystko będzie przychodziło im łatwo. Aby zobaczyć, co będzie im sprawiało największą trudność, a co wręcz przeciwnie, zapraszam do czytania!

Bohaterowie: 

Jerome Heart, 17


Kane Selway


Gabriel (Gabe) Selway


Charlotte (Lotty) Night, 33


Lucas (Luke) Selway, 16


Alexander (Alex) Steven Fell, 18 

Bohaterowie drugoplanowi: 



Abby Isabel Selway, 6

piątek, 15 sierpnia 2014

Serce na Granicy Mroku: Epilog

Witam, skończyłam - nareszcie! - przepisywać Epilog i mam nadzieję, że udobrucham tych, którzy poczuli się rozczarowani po ostatnim rozdziale. :) Tak sobie zaplanowałam od początku, tylko musiałam to jakoś zgrabnie wpleść w całość. Mam nadzieję, że mi się to udało. 
Będę teraz przepisywać te krótkie opka, które nazwałam:  
1. Wieczność pragnienia,
2. Księżyc na drzewie,
3. Głębia pożądania. 
(Druga i trzecia część przewidywane są jako dłuższe opowiadanka - szczególnie trzecia ;) ) Postanowiłam, że będą to po prostu Opowiadania-outsidery, zamiast One-shotów. :) 

Zapraszam Was do ocenienia tego na własną skalę. Życzę miłej lektury! :) 
------------------------------------------------------------------------------------------
W nocy wszystko wydaje się piękniejsze. Cień maskuje wszystkie niedoskonałości. Mrok wiernie spowija, nie pozwalając dostrzec zła. To mylne wrażenie, że wszystko się ułoży, że wszystko jeszcze może być dobrze. To znienawidzony czas, kiedy do umysłu wkraść chce się nadzieja. 
   
Nadzieja... To okrutny demon, gorszy od wszystkich innych. Jednak trudno w to uwierzyć, bo oszukuje wszystkich i siebie. Twierdzi, że jest aniołem... żałosne. 
   
Ciemność. Była wszędzie. Oblewała wszystko dookoła, niczym troskliwe ramiona; chowała go przed złem. Ironią jet to, że ona sama była złem. 
   
Nie czuł się bezpiecznie, ale przynajmniej mógł się schować. 
   
- Synu Potępionych, na planecie Czystego Zła wychowany, na własne życzenie przybywasz do Pana - rozległ się głęboki, bezcielesny głos, w którym pobrzmiewała oślizgła nuta szyderstwa. - Czegóż tu szukasz oraz czego mogę pragnąć w zamian? - ostatnie pytanie było, rzecz jasna, czysto teoretyczne; Pan Podziemi doskonale wiedział po co przybył, prawdopodobnie nawet lepiej, niż on sam, bo przecież nic by się przed nim nie ukryło. A czegóż może chcieć, jak przypuszczał, zostało zadane "dla zabawy". Diabeł wiedział, że może prosić, o co tylko sobie zamarzy, bowiem ci, którzy tu trafiają, bez wątpienia spełniają każde życzenie Jego Mości.   

Opuścił głowę, ukazując wyraz szacunku swemu Panu. Wiedział, iż nie będzie to łatwa rozmowa i że bez konsekwencji się nie obejdzie. Jednakże był gotowy na każde poświęcenie w imię swego celu. A jego priorytetem stało się odnalezienie ukochanego w Piekle.  
   
- Wiesz, że umysł twój dla mnie, niczym otwarta księga - odezwał się znów tajemniczo diabeł. 
   
- Skoro tak, znasz więc, Panie, moje myśli, obawy oraz pragnienia. - nie podniósł wzroku, a jego głos wyrażał szacunek, poddanie i uniżenie, co pochlebiło "złu wcielonemu". 
   
- Owszem. Obydwoje podjęliśmy decyzję już dawno temu. Ty, jako "człowiek", miałeś żyć na Ziemi, jednak być mi wierny, synu. Ja natomiast obiecałem, że będziesz miał powód do życia, jeśli swą karę z rąk ludzi przyjmiesz godnie, nie ugniesz się pod ciężarem presji z ich strony, a kiedy przyjdzie czas, wrócisz tutaj, do mnie. Zakładałem jednak, że wrócisz o wiele szybciej. Nie doceniłem cię. - Queen stał sparaliżowany, słuchając tych słów. Miał wrażenie, jakby Lucyfer to nie do niego mówił. Wszystko to wydawało się nielogiczne, jednak z drugiej strony, właściwe. Zupełnie, jakby wszystko, co przechodził na świecie, wreszcie w wyrazistym świetle nabrało sensu. 
  
- Quentinie – podjął diabeł na nowo. – Jesteś moim synem. Moim jedynym potomkiem, z prawdziwej krwi i kości. Oni – prychnął – mogą się tylko za takich podszywać. Jednak ty na zawsze zostaniesz moim synem.
   
Queen poczuł mrowienie w okolicy łopatek. Niewiadomo skąd, nagle rozbłysło i wszystko zostało oświetlone, jak się okazało, przez ogromny, kryształowy żyrandol. Miejsce, w którym się znajdowali, wyglądem przypominało jakby salę tronową jednego z najwykwintniejszych zamków XIX wieku. Wszystko było piękne: pozłacane ramy wielkich portretów, które ukazywały walki, bitwy lub postaci; drogocenne wazy; meble z jak najwspanialszego drewna. Dywany, którymi obłożona była dębowa podłoga, tak samo jak ściany, choć mógłby się założyć, że nie była to żadna farba, miały kolor wściekłej czerwieni.
   
Przesuwając wzrokiem po obrazach na długiej oraz wysokiej ścianie, zatrzymał się na portrecie najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek, ktokolwiek miałby szansę widzieć, a co dopiero spotkać. Wydawała mu się podejrzanie znajoma.
   
Poczuł obitą w twarde skóry dłoń na swoim ramieniu, więc spojrzał w stronę Lucyfera, który nie odrywał wzroku od obrazu. Spojrzał ponownie w to samo miejsce, co jego… ojciec.
   
- Oto prześliczne lico twej matki, Quentinie. – w jego głosie słyszał podziw, dumę, szacunek oraz… rodzaj rozczulenia? Dziwne, pomyślał, że sam diabeł, Pan Podziemi, Piekieł i jakby się zdawało, samej Ziemi, gdyż nigdy nikt nie zdołał pokonać go doszczętnie z tych wszystkich ludzi, śmiesznych świętych, czy choćby sam „Bóg”, mówił o kimś z takim szacunkiem, oddaniem. O kobiecie.  
   
Od zawsze uważał, że nie ma potężniejszej mocy od Mocy Zła. Ona zawsze ma pewną przewagę – nie gra fair. Nie da się jej przezwyciężyć w walce, tym bardziej w walce Dobra ze Złem. Dobro zawsze ulegnie „zasadom moralnym”, podczas gdy Zło – nie zna skrupułów. Dlatego od zawsze je podziwiał.
  
- Doprawdy, bardzo piękna, Panie – powiedział, wyrywając obydwoje z zamyślenia.
   
- Nie. Mów do mnie Ojcze. – spojrzał na niego i ze zdziwieniem odkrył, że nawet ten bezwzględny Władca potrafi się czule uśmiechać. Trochę zabolało go, że nawet sam diabeł mógł okazać mu więcej uczucia, niż jego „ludzki ojciec”.
   
Patrząc tak na niego, zdał sobie sprawę, że naprawdę są do siebie bardzo podobni. W rzeczywistości, Lucyfer był bardzo przystojnym mężczyzną. Cóż, jak to mówią, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wyglądał jak współczesny człowiek, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Stwierdził, że pewnie większość „nieśmiertelnych w ludzkiej skórze” musiało podobnie wyglądać.
   
Zauważył, że często używał cudzysłowie, lecz wszystko, co dotychczas było dla niego normą, nagle przestało takie być i na odwrót.
   
- Ojcze – powiedział cicho. Wspomniany mężczyzna naprawdę się wzruszył na to słowo. Rozłożył swe szerokie ramiona wraz z olbrzymimi, anielskimi skrzydłami. No cóż, może nie do końca były „anielskie”, gdyż zamiast nieskazitelnego, śnieżnobiałego koloru, nabrały czarnej, niczym smoła barwy.

Uczynił ten sam gest i stwierdził, że czuje nieznaczny ciężar na plecach. Ciekawiło go, czy jego uskrzydlenie wygląda tak samo, jak krewnego. 

Rzucili się w swoje ramiona, zatapiając się we wspólnej energii, wynikającej z połączenia ojca z synem. Queenowi zebrały się łzy pod powiekami. Chłopak, w tym momencie, naprawdę poczuł ogromne szczęście i trochę mu ulżyło, że George Dark nie był jego "prawdziwym" ojcem. Jednak nawet to wszystko nie pozwoliło mu zapomnieć o pustce w sercu po utraceniu swojej miłości. Musiał go znów odnaleźć. 

Z tą myślą odsunął się od ciepłego, silnego ciała Lucyfera. Spojrzał na niego poważnie. 

- Ojcze... Nie zrozum mnie źle. Naprawdę bardzo się cieszę, że mogę tu teraz z tobą być. Ale... - zawahał się, więc diabeł dokończył za niego:

- Ale potrzebujesz znaleźć się przy boku partnera. To zrozumiałe. Pozwól więc, że pokażę ci twoje komnaty oraz jak do nich dotrzeć, a później przestanę cię już męczyć - na ten czas. - uśmiechnął się łobuzersko. 

Szli szerokim korytarzem z wysokim sufitem, o majestatycznym wyglądzie. W ścianach zamieszczono wiele par ciężkich drzwi. Wydawały się być nawet dźwiękoszczelne, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę ogólne wrażenie, które sprawiał wygląd gmachu. Z tego, co zapamiętał, jedne prowadziły do jadalni, inne do kuchni, za jeszcze innymi kryły się schody na strych czy do piwnicy. Cała reszta pomieszczeń to z reguły sypialnie służby. 

Po drodze spotkali dwóch mężczyzn, o posturze wojowników, którzy widząc Pana, pokłonili swe głowy i nie podnosili, dopóki Lucyfer wraz z synem nie poszli dalej. Zatrzymali się przed ogromnymi wrotami; były dużo większe, różniły się od tych, które minęli. Wokół nie było żadnych innych drzwi, tylko ściany wykute z kamienia. 

- Oto twoje komnaty, mój synu. Zakazałem wszelkich zmian wewnątrz, od kiedy opuściłeś to miejsce, wyruszając na swoją "misję". - widząc jego zaciekawioną minę, dodał: - Wkrótce wszystko ci się przypomni. Służbę przedstawię ci innym razem, ponieważ wiem, że teraz co innego, a raczej - kto inny zaprząta twoją głowę - tłumaczył ojciec. - Kiedy będziesz gotów, odwiedzę cię - wtedy porozmawiamy - rzekł i wręczył do ręki klucz do wrót, wraz z jakąś karteczką.

Mrugnął do niego jedną powieką z długimi, grubymi, czarnym rzęsami - takimi samymi jak jego własne - i już go nie było. 

Queen zamrugał, by otrząsnąć się ze zdezorientowania, a następnie wzruszył ramionami i wszedł do swojej komnaty. 

***
Okazało się, że na owej karteczce była mapa. Ciekawy, zaraz po odświeżeniu się, poszedł zobaczyć dokąd prowadzi. Podobno ciekawość to pierwszy stopień do Piekła... ale jeśli już się w nim jest? Co wtedy? Czyżby można było upaść jeszcze niżej? Cóż, na ziemi, na pewno. 

Ubrany w same czarne spodnie i jego ulubione glany - oczywiście tego samego koloru, bo jakżeby inaczej -, szedł korytarzami, skręcając w inne wskazane na mapie. W końcu dotarł do miejsca, gdzie jego serce zaczęło szybciej bić. Stanął u progu ogromnego holu, gdzie echo odbijało się od wysokich ścian. Na pierwszy rzut oka był ciemny, chłód bił od kamiennych ścian, pomimo około trzydziestu stopni panujących wokół, wydawał się jakby opuszczony. Pewnie większość ludzi, przeszłaby obok tego pomieszczenia, nie zwracając na nie zbędnej uwagi. Queen jednak wiedział lepiej, ponieważ tutaj czuł obecność partnera najmocniej.  

- Darren? - wyszeptał z ogromną nadzieją, a echo poniosło jego głos głębiej w ciemność. Zapach, który ogłupił jego zmysły, jasno sugerował, że jego kochanek tu przebywał. Jednak, czy nadal tu jest? 

Wypuszczenie powietrza. 
Wdech. 
Westchnienie. 

- Kochanie? - usłyszał zachrypnięty głos, na dźwięk którego zabrakło mu miejsca w spodniach. Pobiegł w jego kierunku. Mimo wszechogarniającej ciemności, chłopak widział doskonale. 

Darren stał pośrodku holu, rozglądając się dookoła zdezorientowany. On także miał na sobie tylko jeansy. Nic dziwnego, to w końcu Piekło; ciężko wysiedzieć w pełni ubranym. Ale och, czorcie, on wyglądał tak seksownie, że aż powinni go zakazać...! Blada skóra, lekko zroszona potem, błyszczała seksownie, naciągnięta na silne mięśnie vampira. 

- Darren. 

- Quentin... - vampir nie wytrzymał i na oślep rzucił się w jego ramiona. Zaniósł się niepohamowanym szlochem. Drżał na całym ciele. Tylko przy partnerze pozwolił sobie na chwilę słabości. - W-wróciłeś do mnie. - pociągnął nosem przy jego szyi. Nowy zapach partnera wpłynął do jego płuc.

- Cii. Obiecałeś, więc musisz dotrzymać słowa i być ze mną na zawsze. Nawet śmierć cię od tego nie uchroni. Chociaż nie myślałem, że tak szybko będziesz chciał się mnie pozbyć! - zaśmiał się Queen.

- Zwariowałeś! I nie żartuj z tego, w takiej chwili! - zacisnął mocniej ramiona wokół niego i podniósł z ziemi, okręcając się z nim dookoła. - Zrobiłbym to nawet bez obietnicy. - znów powąchał jego szyję. 

- Co mnie tak niuchasz? - zaśmiał się młodszy, kiedy jego nos podrażnił wrażliwą skórę. - Łaskoczesz! 

- Pachniesz... ptasim mleczkiem? 

- Co?! 

Darren zaśmiał się. 

- To pewnie przez te skrzydła, Aniołku. - mruknął, po czym zaczął mówić pomiędzy namiętnymi pocałunkami: - Kocham - pocałunek - cię - pocałunek - Quentinie Dark - pocałunek.

- Cicho - także go pocałował. ~ Ja ciebie też bardzo kocham, Darrenie Stone. - wyszeptał w jego umyśle, dzięki nabytym nowym umiejętnościom. Trochę potrwa, zanim je całkowicie opanuje, ale ma przecież czas. Teraz już nigdzie mu się nie śpieszy. 

W wielkiej sali na jego wezwanie buchnęło płomieniami szkarłatnej czerwieni, a oni nie oddalając się od siebie, nadal stali w centrum przedstawienia, od pasa w górę nadzy, przytuleni ściśle do siebie. 

- Wow - szepnął Darren, kiedy czarne skrzydła Quentina zwiększyły się do maksymalnych rozmiarów, przykrywających ich jakby kołderką z czarnego, miękkiego pierza, by uchronić przed niechybnym spłonięciem. - Ptaszyno, podziwiam cię - powiedział zadziornie, na co brunet odpowiedział warknięciem, a ogień momentalnie zmienił się w lód. 

- Uważaj - mruknął, opierając czoło o jego. - Niewielu odważyłoby się igrać z synem samego diabła. - uśmiechnął się łobuzersko.

- Och, widzisz, ja mogę. Tak się akurat składa, że owy syn samego diabła jest moim... - urwał, gdy dotarło do niego znaczenie tych słów. - Zaraz, co?! 

Czarnooki zaśmiał się, prowadząc do swojej komnaty. Blondyn jednak przez całą drogę zasypywał go pytaniami, nie chcąc dać za wygraną. Do czasu, kiedy przekroczyli próg prywatnego mieszkania Queena w pałacu i został rzucony gwałtownie na wielkie, małżeńskie łoże. 

- Teraz, kochanie, koniec gadania. Buzia będzie ci potrzebna do czegoś innego i głos lepiej także zaoszczędź dla czegoś o wiele przyjemniejszego. - mrugnął do niego obiecująco. Jego vampirek nie opuści tego pokoju, dopóki nie wypróbują wszystkich fantazji, jakie kiedykolwiek im przyszły do głowy. 

Darren zaśmiał się, prawdopodobnie słysząc jego myśli. Jakoś mu to specjalnie nie przeszkadzało. W końcu to partner. 

- Nie obiecuj, nie obiecuj! - śmiał się głośno, dopóki Quentin nie rzucił się na niego z zamiarem załaskotania na śmierć.

Och, kurczaczki, jak ja go kocham - pomyśleli oboje, patrząc sobie głęboko w oczy, które teraz przybrały szczęśliwego wyrazu. Oby już na zawsze.

-------------------------------------------------------------------------------------------
Liczę, że się podobało, czekam na Wasze komentarze ;)

Pozdrawiam,
Oli :3