poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Serce na Granicy Mroku: Rozdział 10

- Wiesz, że nie ma teraz czasu na jakieś tam miłostki. Musimy się ostro brać do pracy! Choć to i tak jest trudne, biorąc pod uwagę fakt, że pracujesz w klubie nocnym. Nie masz czasu na odpoczynek po robocie, przychodzisz na próby zmęczony, a na co dzień wyglądasz i zachowujesz się jak zombie! Nic tylko praca, dom, praca, próba. Praca, dom, praca, próba. I tak bez przerwy! – terkotał Brian, który stał teraz naprzeciwko niego. No, tak. Darren podwiózł go do Fantasy, bo uparł się, że nie będzie się tłukł autobusami. Przy okazji wszedł do środka i, jako jego pierwszy klient, zamówił lemoniadę. Trochę go zaskoczyło, że vampiry piją lemoniadę. Obiecał sobie, że go o to zapyta. Po spożyciu owego orzeźwiającego napoju zażyczył sobie osobistą eskortę do wyjścia, na co Quentin przystał bardziej niż chętny, widząc, że raczej nikt w najbliższym czasie nie ma zamiaru korzystać z usługi baru.

Odprowadził vampira do drzwi. Darren je otworzył i wypchnął Darka na zewnątrz, przyciągając tym samym szczególną uwagę członków zespołu Hunter’s Lie. Przyparł go do betonowego obudowania schodów i na oczach wszystkich złączył ich usta w namiętnym, zaborczym, a zarazem delikatnym pocałunku.

- Przyjadę po ciebie, jak skończysz pracę. – szepnął, niby to „przypadkiem” trącając płatek jego ucha. No, pięknie! Znów pobudził całe jego ciało zaledwie jednym, przelotnym dotykiem.

- Ale ty jesteś czerwony! – wtrącił Tom, którego kolczyk w wardze jak zwykle błysnął, przyciągając jego wzrok. Zawsze bardzo mu się podobała owa biżuteria na twarzy chłopaka i nawet kiedyś się zastanawiał, czy sam sobie takiej nie załatwi. Jednak decyzja do tej pory ostatecznie nie zapadła, a nie sądził, by jego nowy kochanek zezwolił na „bezcelowe” przekłuwanie ciała.

- Halo! Wróć na Ziemię! – Brian, zaczął wymachiwać mu rękoma przed oczami. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dotąd zachowywał się jak w jakimś transie.

- Wybaczcie, ale to nie wasz interes, co robię w wolnym czasie. Także to, z kim śpię nie powinno was obchodzić. Nie rozumiem, dlaczego jest inaczej, skoro do tej pory owa granica prywatności nigdy nie była przekraczana – ani z waszej, ani z mojej strony, jako lidera zespołu. – rozgadał się. To jest jego minus, jak już zacznie gadać o takich rzeczach, nie może przestać. Dla niego taki temat, skoro już jest poruszany, musi się odbyć od początku to końca, ze wszystkimi szczegółami, aby wszystko dla wszystkich było jasne. – Zaufanie to najważniejsza podstawa jakiegokolwiek związku ludzi w zespole. – ciągle mówił, poważnie, donośnie, patrząc po kolei na każdego z chłopaków, z którymi już od kilku lat tworzy wspólnotę. Nie zauważył, że muzyka ucichła, a uwaga wszystkich ludzi była pochłonięta przez kłócący się zespół. – Nasza przysięga wisi na włosku. Pamiętacie ją jeszcze?!

Zaczął wyliczać na palcach.

- ZAUFANIE, HONOR, SZACUNEK I DUMA! – orzekli wszyscy razem, zgodnym chórem, jak jeden mąż. Sześć donośnych, męskich głosów wypełniło, teraz już całkowicie ciche, pomieszczenie, wygłaszając przysięgę, która w wielu trudnych sprawach przyniosła im siłę. Kiedyś, kiedy zespół prawie się rozpadł, a oni o mało co nie stracili tak wspaniałej przyjaźni, na forum swej wspólnoty przyrzekli sobie „NIGDY WIĘCEJ”. Na cześć tego każdy z nich ma na żebrach, tuż pod ramieniem, blisko serca wytatuowane słowa przed chwilą wygłoszonej przysięgi.

- Wobec tego – nigdy nie zapominajmy, kim jesteśmy! Jesteśmy Hunter’s Lie i nie rozdzielą nas żadne kłótnie czy nieporozumienia! – zamilkł na chwilę, by sprawdzić reakcję przyjaciół. Wszyscy ustawili się w szeregu, niczym godni żołnierze. – Kim jesteśmy…?

- Hunter’s Lie! – znów odpowiedzieli jednym głosem.

- Kim jesteśmy?!

- HUNTER’S LIE!

- To dobrze, że już o tym wiecie. – odparł zadowolony. Odkąd tak na nich naskoczył czuł się jak tyran na musztrze. Nie było mu z tym dobrze, ale ktoś im musiał przemówić do rozumu, żeby nie stracili tego, o co kiedyś tak walczyli. – Nikt nam nigdy nie wróżył dobrej, kolorowej przyszłości jako zespół, ale nie poddaliśmy się. I to właśnie dzięki latom cholernie ciężkiej pracy to, co kiedyś było naszym wspólnym marzeniem, teraz jest zajebiście wspaniałą rzeczywistością. Fakt, nie jest idealnie! No, ale co na tym świecie, a już szczególnie w tych czasach takie jest? Nie chcę brzmieć jakoś szczególnie obrzydliwie ckliwie, ale, kurwa, weźmy się w garść i ponówmy naszą obietnicę, co? – popatrzył na nich, sprawdzając, czy wiedzą, o co mu chodzi, po czym wszyscy równocześnie zadarli głowę w górę i zamkniętymi oczami wykrzyczeli:

- NIDGY WIĘCEJ!!!

Po czym wszyscy, śmiejąc się, ustawili się w kółko i rzucili się sobie wzajemnie w szeroko rozwarte ramiona. Nagle wszyscy przytulali i byli przytuleni jednocześnie. Ich kochany zespół znowu powrócił.

W całej sali wszyscy zebrani zaczęli klaskać, uśmiechając się szeroko. Cholera, zapomnieli, że mają publiczność. Jednak ci wszyscy ludzie będą mieli o czym opowiadać znajomym!

Odsunęli się od siebie.

- Rany, Queen, co my byśmy bez ciebie zrobili?

- Nie dziwne, że to właśnie ty jesteś liderem!

- Jesteś ratunkiem siły zespołowej, a co ważniejsze – przyjaźni! Jesteś niesamowity!

Przekrzykiwali się nawzajem jego przyjaciele, kiedy po kolei podchodzili do niego, ściskali i całowali symbolicznie w policzek.

- Nasz kochany Quentin Dark! – krzyknęli, kolejny raz chórem. Queena zdziwiło to, jacy oni są dzisiaj zgodni w swoich wypowiedziach. To niesamowite! Tyle lat spędzonych razem, a on właśnie dzisiaj usłyszał najwięcej słów od – na ogół cichych, jeśli chodzi o kontakty konwersacyjne – Mike’a (gitara elektryczna), Nick’a (wokal) i Dave’a (gitara klasyczna/akustyczna)!

- Dzięki chłopaki, ale to dla nas wszystkich! – powiedział dumny ze swoich przyjaciół.

***
Dzień mijał mu miło. Do tego nie zmęczył się zbytnio, bo w lokalu było dość spokojnie, a praca barmana na ogół nie należała do jakichś ekstremalnie ciężkich. Dopiero około dwudziestej zaczęło się robić tłoczno, a atmosfera zagęszczała się, raczej nie zwiastując nic dobrego.

Właśnie, jak na zawołanie, wstał jakiś facet z miejsca przy stoliku, gdzie wcześniej siedział. Zaraz po nim podniósł się drugi mężczyzna, trochę drobniejszy, ale niewątpliwie, mimo iż siedzieli przy jednym stoliku, między nimi można było wyczuć wzrastający spór. Wtem ten pierwszy rzucił się na mniejszego i zaczął go szarpać. Mniejszy nie pozostawał mu dłużny.

Queen był zmuszony zainterweniować. Obszedł ladę barową i szybkim, energicznym krokiem ruszył w stronę kłócących się mężczyzn.

Widać, że dzisiaj dobry dzień do kłótni, pomyślał, po czym skrzywił się kwaśno.

Zaczął ich rozdzielać, dziękując sobie w duchu, że wypracował sobie takie silne mięśnie niemałych rozmiarów. Mężczyźni nie ulegali zbyt łatwo, próbowali się wyrywać lub jeszcze dosięgnąć siebie nawzajem. Z trudem wyprowadził ich na zewnątrz, przy okazji unikając ciosów skierowanych w jego stronę.


Kiedy znaleźli się w trójkę na zewnątrz odciągnął ich jeszcze dalej od wejścia do klubu, aby nie blokować wstępu. Zaprowadził ich na sam środek parkingu i kazał się uspokoić.

- Panowie. Rozumiem, że dziś jest taki dzień, który niesamowicie sprzyja kłótniom, ale proszę, trochę klasy! Jeżeli miałoby dojść do bójki to lepiej na osobności, okej? Naprawdę nie mam ochoty się wtrącać w czyjeś prywatne sprawy.

Obydwoje równocześnie westchnęli. Spojrzeli po sobie, a ich twarzom brakowało jakiegokolwiek wyrazu.

- Okej. – zgodzili się, o dziwo bez dalszych dyskusji.

Quentin położył obie ręce na biodrach i uśmiechnął się krzywo.

- Miłego dnia panom życzę. – powiedział, odwrócił się na pięcie i już miał odejść, gdy poczuł krępujące jego ruchy ręce i dłoń na ustach. Z dotyku wywnioskował, że został „zakneblowany” jakąś cuchnącą szmatą nasączoną jakimś kurewskim płynem.

Kiedy zaczął robić się senny i po chwili momentalnie zaczął tracić przytomność upewnił się w przekonaniu, iż był to środek usypiający. Jak przez mgłę zarejestrował podnoszenie jego bezwładnego ciała i pakowanie do samochodu.

Darren, kochanie! Ja, praca, środek usypiający, samochód. Skurwysyny. Porwanie! Na pomoc! – zdołał tylko wysłać nieskładną i nieprzemyślaną wiadomość. Miał tylko nadzieję, że słabe, ciche słowa dotrą do jego ukochanego mężczyzny.

Popadł powoli w głęboki, głuchy sen.



Serce na Granicy Mroku: Rozdział 9

Po dzikim, a zarazem przemiłym poranku Quentin wziął szybki, orzeźwiający prysznic, a teraz robił to Darren. Nie mogli zrobić tego razem, bo ich libido nie pozwoliłoby im przez cały dzień opuścić łóżka. Albo jeszcze gorzej - kazałaby wypróbować wszystkie przedmioty w mieszkaniu Queena. Choć z drugiej strony... To nie wydawało mu się teraz takie złe... Zwłaszcza, że raczej nie mieli żadnych konkretnych planów na dziś. 

Chłopak stał w kuchni miniaturowych rozmiarów (jak wszystkie pomieszczenia w wynajmowanym przez niego mieszkaniu) i zalał aromatyczną herbatę owocową wrzątkiem. Wsłuchiwał się w uspokajający dźwięk lejącej się wody. Upił łyk gorącego płynu. Po chwili woda ustała, a Darren w samym ręczniku zawieszonym nisko na biodrach. Nie przeszkadzały im metry kwadratowe pomieszczenia. Przeciwnie - byli im bardzo wdzięczni, bo znowu byli ściśle przytuleni, co przyjęli z ulgą nawet to kilkuminutowym rozstaniu. Czuli się samotni, nie mając siebie nawzajem na wyciągnięcie ręki. Dłonie Stone'a spoczęły na biodrach Quentina, które były okryte wyłącznie cienkim materiałem bokserek. 

Queen zatopiony w przyjemnej pieszczocie wziął drugi kubek z blatu i chciał go podać Darrenowi. Ten delikatnie obrócił go ku sobie. Wziął w dłonie oba naczynia i odstawił je z powrotem na mebel.

- Należałoby pogadać…

Zapominając o napojach, ruszyli w stronę sofy stojącej po środku skromnie urządzonego saloniku. Usiedli obok siebie, ale przyjęli takie pozycje, że patrzyli na siebie z naprzeciwka.

- Pozwolisz, że zacznę? – spytał uprzejmie, patrząc rozmówcy w oczy.

- Oczywiście. – odparł od razu. W sumie to nie wiedział, o czym on miałby mówić, a tak, jak Darren narzuci jakiś temat – w porządku. Nie miał nic przeciwko, tym bardziej, że głos jego przystojnego kochanka działał na niego w niezrozumiały sposób – za każdym razem chciało mu się mruczeć niczym bardzo zadowolony kociak.

Jeszcze przez chwilę patrzyli się na siebie w milczeniu, po czym Stone westchnął i zaczął mówić. Quentinowi zdawało się, że towarzysz po prostu szukał odpowiednich słów.

- Dlaczego… - zaczął niepewnie. – Dlaczego tak jest, że dopiero wtedy, gdy już nie wytrzymuję zaszczycasz mnie swoją obecnością? Od kiedy zacząłeś pojawiać się w moich snach szukałem bodźców, które wywołają twoją obecność chociaż na czas snu, by cię widywać. By zawsze czuć, że jesteś przy mnie. By już nigdy nie być samotnym. -  Dark przysłuchiwał się monologowi ze zmarszczonymi brwiami. Nie wiedział, o co chodziło, ale sądził, że zaraz się tego dowie. – Znalazłem go – każda twoja „wizyta” miała miejsce wtedy, kiedy chwilę przed snem dopadało mnie załamanie.

Dark wyciągnął rękę i chwycił dłoń Darrena w swoją, a on nabrał powietrza, by móc kontynuować wypowiedź. Miał nadzieję, że jeśli będą się dotykać, będzie im obydwu łatwiej przebrnąć przez tę rozmowę.

- Przez stulecia trwałem godnie dzięki myśli, że w końcu cię znajdę, a wtedy wszystko, co przecierpiałem samotnie zostanie mi wynagrodzone. Wierzyłem, że cię spotkam, a kiedy już to by się stało, że na pewno nie wypuszczę. W końcu, gdy już zdecydowałem ostatecznie, że ten rok będzie moim ostatnim – rokiem mojej klęski, a zarazem klęski mojego klanu – ty jakby znikąd pojawiasz się w moim życiu, w moim już dawno opuszczonym, zardzewiałym świecie. Dlaczego zawsze pojawiasz się w ostatnim momencie? – zapytał gorzko, a kochanek mocniej ścisnął jego dłoń. Znów ciężko westchnął. – Z początku nie byłem pewien, czy to prawda, że właśnie teraz cię, skarbie, znalazłem, ale coś we mnie wiedziało. Od zawsze byliśmy sobie bliscy duszami, dlatego też nie daliśmy sobie zwariować. Nasze dusze zostały złączone, a następnie gwałtownie rozdzielone. Później kazano nam zarodzić się na tym świecie, by znowu musiały się odnaleźć, zatwierdzić i na powrót połączyć. Nie wiem co, kiedy i dlaczego zrobiłem źle, ale zostałem urodzony w vampirzym klanie i musiałem czekać na ciebie, kochanie. Ale teraz już jesteśmy razem i nic tego nie zmieni. Obiecuję. – powiedział ze łzami w tych jego pięknych oczach. - A teraz błagam cię, kochanie, nie odtrącaj mnie! Błagam, powiedz, że mi wierzysz!

Quentin zamiast odpowiedzieć rzucił się w jego ramiona z cichym szlochem. To zdumiewające, że przeżywali to samo, ale tylko jeden z nich wiedział dokładnie, co to oznacza. Queenowi było przykro słysząc, że Darren musiał przeżyć z tym przez setki lat, a on ze swoim dwudziestotrzyletnim nie mógł sobie poradzić. Teraz nie miało znaczenia, że właśnie dowiedział się, że jakąś godzinę temu spał z vampirem, a on go w tamtym momencie najprawdopodobniej oznaczył… Właśnie! Wcześniej nawet nie zwrócił uwagi na przecudowny zapach unoszący się z jego klatki piersiowej dokładnie tam, gdzie Stone wtarł swoje nasienie, którego woda nie była w stanie zmyć. Dużo czytał i od zawsze wierzył w istnienie istot nadprzyrodzonych i innych takich. Teraz jego obsesja nabrała znaczenia. Sensownego znaczenia. Jego przeznaczony był vampirem. 

*** 
Siedzieli tak jeszcze przez jakąś godzinę i rozmawiali o różnych rzeczach. Między innymi, dlaczego Darren tak go wypytywał o wiarę w vampiry. Kiedy rozmowa zeszła na inny tor – mianowicie uczucia – obydwoje potrzebowali wzajemnego wsparcia. Quentin usiadł Darrenowi  wygodnie na kolanach, głowę oparł na jego ramieniu, a on głaskał go długimi, powolnymi, delikatnymi, przyjemnymi ruchami po plecach. Dzięki tej pozycji rozmowa stała się jakby bardziej komfortowa.


Kilka minut temu zapadła cisza, ale żaden z niech jej nie przerwał. Po chwili Darren lekko uniósł kochanka ze swoich kolan, co ten wziął za znak, że jest ciężki. Vampir wstał, podał ręce chłopakowi i pociągnął go w górę, by ten był z nim twarzą w twarz. Musiał to powiedzieć, kiedy był już tego stuprocentowo pewny. Spojrzał Darkowi głęboko w oczy. Jego same miały zapewne najpoważniejszy wyraz, niż kiedykolwiek do tej pory, ale i na pewno bardzo szczęśliwy. Wydawało mu się, że tylko teraz może przerwać tą ciszę następującymi słowami.

- Kocham cię. – wyznał z przekonaniem.

 To dobrze, pomyślał Quentin w chwili, gdy zarzucił ręce na kark kochanka i wpił się zachłannie w jego usta. Darren lekko zaskoczony przyciągnął go jeszcze bliżej do siebie i z równym jego oddaniem zaczął odpowiadać na pocałunek.  Vampir znowu go poniósł i zaniósł do jego łóżka, a dzięki temu, że oboje byli prawie nadzy ten kontakt pobudził ich jeszcze bardziej. Żaden z nich nie był w stanie racjonalnie myśleć, więc postanowili dalszą rozmowę odłożyć na później… może na jutro. Albo pojutrze. Tego też nie wiedzieli. Teraz liczyli się tylko oni i to, jaką przyjemność mogą sobie dać nawzajem. Darren był vampiem i jego potencja seksualna bardzo rzadko opadała, ale na razie widać, że Queentin nie miał z tym większych problemów.

Serce na Granicy Mroku: Rozdział 8

Obudził się, a w nozdrzach czuł przepiękny zapach swojego nocnego towarzysza zmieszany z jego własnym. Przybliżył się do swojego – jak postanowił - ulubionego od dziś ciepła, którego od zawsze tak pożądał. Przycisnął swój nos do punktu na szyi, gdzie pod skórą żywo tętniła krew. Ssało go w żołądku; jego kły wysunęły się pod wpływem głodu. Jego wzrok się wyostrzył, a oczy przyjęły bardziej lodowaty wyraz niż zazwyczaj.

Szarpnął się gwałtownie, przez co z całej siły uderzył plecami o zimną ścianę, która zatrzęsła się od owej turbulencji. Po chwili coś go uderzyło w głowę. Spojrzał w górę. Nad nim znajdowała się półka na książki przytwierdzona do ściany. Skrzywił się, kiedy dotknął bolącego miejsca. Zmarszczył brwi i sięgnął ręką po książkę, która pomogła mu zapomnieć o głodzie poprzez konieczność uśmierzenia bólu głowy. Okładka była… dziwna. Dominujące kolory – rubinowy i czarny – „oblewały” twarz mężczyzny, którego usta wygięte były w koszmarnym grymasie, a spomiędzy warg wystawały ogromne zęby (i mógłby przysiąc, że były to kły zanurzone uprzednio we krwi).

Z dziwnym wyrazem twarzy Darren otworzył ją na przypadkowej stronie i… zamarł. Na owej stronie słowo „vampir” zostało wydrukowane trzy razy – wszystkie były podkreślone ołówkiem, a jeden wyróżniony szczególnie poprzez dorysowane do niego kły.

Wpatrywał się w ten przyozdobiony wyraz i zastanawiał się, co skłoniło Quentina do tego wyróżnienia –niby to pospolitego w literaturze bestsellerowej/fantastycznej – wyrazu.

Czy on uważa to za banalne? Komiczne? A może on w to… wierzy? – myśli przelatywały przez jego umysł. Miał wiele pytań do chłopaka, który właśnie przypadkiem leżał obok niego całkiem nagi – tak, jak on sam – i wpatrywał się w niego, podczas gdy on nie zdawał sobie z tego sprawy – taki był zamyślony.
***
Quentin z niepokojem wpatrywał się w zmarszczone brwi Darrena. Nie wiedział na jakiej stronie otworzył jego ulubioną książkę, ale jednak miał pewne przeczucia.

Dlaczego akurat tą?!

Ta jedna była przez niego tyle razy czytana, że to aż zbyt osobiste. Zastanawiał się, czy Darren naprawdę otworzył ją właśnie na tej nieszczęsnej stronie… Do jakich wniosków dojdzie, widząc jego obsesję? Czy uzna go za wariata? Za kogoś, kto jest niepoczytalny…, a on teraz leży z nim w jednym łóżku tak bardzo niebezpiecznie blisko siebie? Bał się swojej odpowiedzi, jeśli ten by go zapytał: „Dlaczego?!”.

Prawdopodobnie dlatego, że od dziecka wierzył w „mity”, siły nadprzyrodzone, zjawiska paranormalne i przeróżne postacie – niektóre rodem prosto z horroru. Od zawsze czuł czyjąś obecność; nigdy nie był sam. A w lesie? W lesie czuł się jakby był w ciepłych bezpiecznych ramionach; jakby dokądś podążał… - do domu. Swego mieszkania nigdy nie nazwał i nigdy go nie nazwie „domem”. Chyba że coś się w jego życiu zmieni: on albo jego współlokatorzy. 
Jednak nie przewidywał, żeby w najbliższym czasie coś się zmieniło. Bynajmniej. Nie po tym, kiedy ktoś, kim był zaintrygowany – a on wykazywał szczere zainteresowanie jego osobą – odkrył jego cichą i bardzo skrzętnie skrywaną obsesję.

- O czym czytasz? - było to pytanie retoryczne, bo jedno spojrzenie na druk widniejący na już pożółkłych kartkach potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia. Jednak musiał się odezwać, żeby nie popaść w histerię. Nie chciał mieć świadków takiego załamania…

Raaany! – jęknął w duchu. -  Jaki ja jestem słaby.  Przecież nic takiego się nie stało, a ja histeryzuję jak dziecko. Najwyżej Darren wyjdzie. Zostawi mnie. I nigdy się już do mnie nie odezwie. – nie wiedzieć czemu taka alternatywa bolała bardziej niż mógłby przypuszczać. Przecież nie są nawet parą ani nic… Kurwa, zachowywał się jak nastolatka.

- O niczym takim. – odpowiedział spokojnie Darren na zadane mu wcześniej pytanie.

- Wyglądałeś na pochłoniętego lekturą. – spostrzegł, podnosząc się trochę, by oprzeć się na łokciu. – Nie przeszkadzaj sobie dodał szybko i zaczął wstawać powoli i niechętnie z łóżka, co wymagało od niego więcej siły woli niż zazwyczaj.

- Już nie jestem niczym bardziej zainteresowany niż kimś, kto spał całą noc u mojego boku, wtulając się w moje ramiona. – powiedział ku zawstydzeniu Queena. Policzki zaczęły palić go żywym ogniem. Jak to możliwe, że znali się tak krótko, a ten facet doskonale wiedział, jak go zawstydzić?

Darren tylko zaśmiał się i chwilę później oboje przyjęli poważny wyraz twarzy. Pociągnął go 
za rękę w dół. Teraz leżał z powrotem na materacu małego łóżka, z ulgą przyjmując bliskość ciała drugiego mężczyzny.

- Wierzysz w vampiry? – zapytał, z trudem patrząc mu prosto w oczy.

- Wierzę w dużo rzeczy – np. takie jak Demony z Piekła rodem. – odparł niezrażony. Postanowił, że nie wyrzeknie się siebie za wszelką cenę.

- Ale czy wierzysz w vampiry. – powtarzał wytrwale Darren. Musiał znać odpowiedź na to pytanie.

- Hmph… - odchrząknął Queen. – Ja… spotkałem zbyt wiele wampirów energetycznych, by nie wierzyć w vampiry „krwiopijcze”.

- A czy miałeś styczność z vampirem „krwiopijczym”? – ostatnie słowo podkreślił zakreślając w powietrzu palcami cudzysłów.

Czyżby on także wierzył? Czyżby miał choć w połowie taką samą obsesję, jak ja? – zastanawiał się Quentin.

- Tego nigdy nie wiadomo na pewno. – odparł cicho. Na jego twarz wypłynął uroczy uśmiech, na który serce przyspieszyło w piersi Darrena. Rzucił się na chłopaka, przygniatając go całym ciałem do materaca, a nogi rozrzucając po obu stronach jego bioder.

***
Dzięki temu, że obaj byli nadal nadzy Darren mógł bezpośrednio ocierać biodrami i nabrzmiałego penisa kochanka. Nie odrywał warg od jego ust, pochylając się nad nim tak nisko, że prawie stykali się klatkami. Dłońmi błądził po co raz bardziej rozpalonym ciele Quentina. Przeniósł swoje pocałunki na jego szyję.

Queen wplótł palce jednej ręki we włosy Stone’a, a drugą powędrował w stronę jego ciasnej dziurki. Masował wrażliwą skórę wokół niej. Kiedy oboje zaczęli się już niecierpliwić, sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd prawie nieużywany nawilżacz. Otworzył tubkę i wylał sobie sporą ilość na palce. Powoli włożył pierwszy palec, a Darren jęknął. Zaczął nim delikatnie poruszać, wsuwając i wysuwając go ostrożnie, nie chcąc mu zrobić krzywdy.

Darren zaczął ruszać biodrami, nabijając się bardziej na palec kochanka.

- D-drugi… – z trudem wysapał.

Queen z chęcią spełnił jego prośbę, dodając drugi nawilżony palec do pierwszego. Kilka pchnięć później dodał jeszcze jeden, rozciągając go odpowiednich rozmiarów.

- Bierz mnie. Wejdź we mnie. Teraz! – szeptał, a raczej jęczał Darren, podskubując zębami płatek jego ucha. Na te niecierpliwe słowa zareagował prawie natychmiastowo, zastępując swoje palce twardym jak stal członkiem. Otoczyło go wręcz niesamowite ciepło, co sprawiło, że z głębi jego piersi wydobył się drapieżny pomruk, który Darren przyjął z satysfakcją, aprobując go kolejnym zduszonym, głębokim jękiem. – Wielki. – sapnął.

Quentin zaśmiał się, zadowolony, że pod tym względem odpowiada kochankowi. Jednak szybko skończył się beztrosko śmiać, bo Darren zaczął poruszać biodrami, nadając im własnego tempa. Po kilku jego ruchach, Queen samodzielnie wychodził swoimi biodrami naprzeciw.

Obydwoje dryfowali niebezpiecznie blisko przepaści. Pozostawało im tylko spaść i pozwolić nieść się wiatru w nieznane dla nikogo miejsce. Po chwili rzeczywiście tak się stało. Darren (chwilę po ubrudzeniu Quentina swoim nasieniem) opadł wyczerpany na klatkę piersiową kochanka, która nadal jeszcze drgała od spazmów spełnienia.

Chwycił go dłońmi za kark i złączył ich usta, a później języki ze sobą. Przekręcił ich tak, że teraz to Stone leżał na dole, a Dark na nim. Tulili się długo i całowali tylko z nielicznymi przerwami na oddech. 

Serce na Granicy Mroku: Rozdział 7

Queen, zapominając, że to nie był Brian, w podziękowaniu wspiął się lekko na palce i przycisnął wargi do ust Darrena. Po chwili się opamiętał i już chciał się odsunąć, przeprosić i spalić buraka za swoje gwałtowne i nieodpowiednie zachowanie, ale Stone był już stracony.

Cały wieczór powstrzymywał się chęci rzucenia na niego i robienia z nim przeróżnych, nieprzyzwoitych rzeczy, jednak musiał być silny, gdyż nie mógł zgwałcić dwudziestoparolatka w klubie nocnym na scenie i na oczach tych wszystkich ludzi. To mogłoby być niezręczne – zarówno dla nich, jak i tych przypadkowych obywateli. Tak, to mogłoby być niesmaczne.

Ale teraz ten mały chłopiec o tak seksownym ciele był do jego wyłącznej dyspozycji, a co ważniejsze – sam tego chciał.

I pierwszy go pocałował!

Zdaniem vampira było to jednoznaczne zachowanie.

Złapał Queena pod kolanami i podciągnął je do góry na wysokość swoich bioder, a chłopak domyślnie objął go nimi w pasie. Poczuł na brzuchu dowód jego pożądania. Niezaprzeczalny.

Bez patrzenia pod nogi Darren ruszył po schodach, intuicyjnie zmierzając na ósme piętro. Żaden z nich nie przerwał upajającego pocałunku.

Darren zamruczał z zadowoleniem, kiedy poczuł, że Quentin mocno ociera się kroczem o jego brzuch.

Kiedy vampir dotarł na odpowiednie piętro jego ruchy stawały się co raz szybsze i bardziej chaotyczne. Używając swej mentalności, otworzył zamek w drzwiach, które wskazał Queen nawet nie patrząc za siebie. Vampir przeszedł przez nie do mieszkania. Nie rozglądał się, tylko przesłał myśl do umysłu Queena, bo od chwili rozpoczęcia pocałunku – żaden z nich nie odważył się go przerwać.

Łóżko. Gdzie., krótko i zwięźle.

Muzyk był zaskoczony tym, że słyszy w głowie myśli Darrena, ale trawiła go zbyt wielka gorączka, by się  nad tym zastanawiał. Queen trzymał jedną rękę na jego karku, wplatając palce w ciemnoblond włosy. Były one odrobinę dłuższe, co mu jeszcze bardziej odpowiadało. Jęknął prosto w usta Darrena, kiedy jego silne dłonie zaczęły ugniatać jego pośladki. Odchylił się w tył, by móc sięgnąć klamki od pokoju, w którym zazwyczaj spał.


Darren przeszedł przez owe drzwi i położył Quentina na materacu jednoosobowego łóżka… no tak… tego nie przemyślał. Trudno – jakoś dadzą sobie radę! Położył się na nim, przyciągany siłą pożądania i ręką towarzysza, która ciągnęła go zachęcająco w dół.

Całowali się długo, namiętnie, rozbierając się równocześnie, dopóki obydwoje nie byli zupełnie nadzy. Leżeli teraz na boku - mocno do siebie przytuleni, ciężko oddychając. Obydwoje byli tak twardzi, że mogliby wbijać gwoździe (bez pomocy młotka).

- Jesteś zmęczony, skarbie – powiedział troskliwie Stone, doskonale odczytując to z miny chłopaka.

- Trochę – przyznał. Faktycznie potrzebował odpoczynku po całonocnym występie, ale teraz jeszcze bardziej potrzebował zaspokojenia.

Pochylił się do przodu, biorąc w posiadanie jego usta i twardą męskość do ręki. Darren, idąc za jego ruchami i narzuconym przez niego tempem, zrobił to samo. W swoich objęciach krótko im zajęło zaspokojenie swoich potrzeb. Byli cali mokrzy od potu; kleili się od ich zmieszanego nasienia. Jednak im to nie przeszkadzało – na przejmowanie się tym będzie czas jutro rano.

Wtulili się ciasno w swoje ciała, obdarzając się swoim wzajemnym ciepłem. Żaden z nich nie narzekał na brak miejsca, choć Quentin leżał na samym końcu materaca, co mogłoby grozić upadkiem, gdyby nie silne ramiona Stone’a , który z kolei ściśle przylegał plecami do ściany po drugiej stronie łóżka.  Obydwoje byli wysokimi, dobrze zbudowanymi mężczyznami.

Zasnęli błogo, nie zdając sobie sprawy, że właśnie spełnili swoje wzajemne sny, marzenia, które dręczyły ich od kilku dni, przez to, co właśnie się stało.


cdn.