poniedziałek, 23 marca 2015

Głębia pożądania: Rozdział I

   Po swojej ucieczce, wróciłem do domu po dwóch dniach spędzonych w lesie. Oczywiście Lotty i cała reszta nowej rodziny szukali mnie. Dziś, schodząc z góry, w celu wyjścia do szkoły, za co byłem wdzięczny, bo nie musiałem siedzieć w domu, ani tłumaczyć się, dlaczego wychodzę, byłem świadkiem postępującej sprzeczki mężczyzn w kuchni. Oparłem się ręką o ścianę i choć nie chciałem podsłuchiwać, w końcu to nie moja sprawa, ale jakoś nie mogłem się od tego oderwać.
   - Nie chciałem, żeby do tego doszło! Zresztą, jak mogłem to przewidzieć?
   - Od samego początku go prowokujesz, nie dajesz mu spokoju, twoje komentarze go wyraźnie dotykają...
   - Skąd możesz wiedzieć, skoro zawsze jest taki chłodny? Nie tylko w stosunku do mnie, ale i do ciebie.
   - Wiem to stąd, że właśnie dlatego taki jest. Gdybyś mu ciągle nie dogryzał...
   - O tak, to jak się zachowuje, co robi, to na pewno moja wina.
   - Przepraszam, nie tak miało to zabrzmieć. - Jego głos stał się bardziej łagodny, gdy mówił do kochanka. - Ja po prostu... chodzi mi o to, że mógłbyś na niego tak nie naskakiwać... To dobry chłopak, teraz buzują mu hormony i czasem nie jest w stanie nad sobą zapanować. Nie chciałem się z tobą kłócić, kochanie, ale chciałem prosić, byś odpuścił mu trochę, może wtedy będzie nam wszystkim łatwiej się przystosować...
   - Kochanie, dobrze wiesz, że się staram. Ja tylko żartowałem, ale on brał to za bardzo do siebie.
   - Wiem, skarbie. I dziękuję, że to rozumiesz.
   Po chwili usłyszałem szelest i cmokanie. Najwidoczniej połączył ich pocałunek.
   Przewróciłem oczami i narobiłem hałasu, idąc butnie z wysoko uniesioną głową. Odgłosom ciężkich stąpnięć ciężkich butów na białych płytkach kuchennych towarzyszył metaliczny brzdęk łańcucha, który z każdym krokiem obijał się o moje udo. Przerwałem ich pocałunek, przeciskając się między nimi a szafkami. Przy okazji rzuciłem w nich zniesmaczonym spojrzeniem i wyszedłem bez słowa przez oszklone drzwi tarasowe.
   Lato jeszcze zupełnie nie przeszło; na dworze na moją twarz padły promienie słońca, a czarne ubranie tym bardziej dało o sobie znać, jakby paląc żywym ogniem. Glany, jak to glany; jak na buty uniwersalnie ocieplane, podkute metalem, zaczęły stapiać się z moimi stopami. Byłem zmuszony pójść do szkoły pieszo, gdyż nie wszystkie jeszcze nasze rzeczy ze starego mieszkania zostały przeniesione. W tym także oczywiście musiał znajdować się mój motor. Od czasu wyjazdu na obóz nie byłem jeszcze w mieszkaniu, a uparłem się, że nie dam nikomu kluczyków do mojego cacuszka. O nie, za bardzo go kochałem.
   Wyjąłem słuchawki z kieszeni, które oczywiście były splątane, więc nawet na nie nie patrząc, doprowadziłem je do porządku, włożyłem je do uszu i podłączyłem do odtwarzacza. Nie cierpiałem chodzić w ciszy, a dźwięczne, ciężkie riffy mnie uspokajały.
   Po piętnastu minutach marszu, wyszedłem z lasu na ścieżkę prowadzącą do miasta. Znałem drogę do szkoły. Ze słuchawkami w uszach szedłem raźno przez miasto. Kilka przecznic przed samą szkołą spojrzałem bardziej w prawo i omal nie stanąłem jak wryty. Po drugiej stronie ulicy stał jakiś chłopak, najwyraźniej na kogoś czekając. Jednak to nie on sam przykuł moją uwagę, ale ten, kto do niego podbiegł. Chłopak miał czarną, zmierzwioną czuprynę, błyszczące szare oczy, ubrany w czarny T-shirt i zwężane czarne dżinsy. Radośnie do niego podbiegł i przywitał go buziakiem.
   - Hej, skarbie - powiedział wyższy z nich i objął Luka w pasie. Po chwili, kiedy ten chciał się odsunąć, powiedział: - Tak za tobą tęskniłem, dawno cię nie widziałem. I jeszcze ten wyjazd pod koniec wakacji... i nie mieliśmy dla siebie czasu. Przepraszam, moje słońce. - Potem przycisnął go bardziej do siebie i wpił się w te piękne usta, a Lucas położył mu ręce na ramionach, lekko zarumieniony.
   - Chodźmy już lepiej, nie chcę się spóźnić - powiedział Mały, gdy się od siebie oderwali.
   - No dobrze. - Wziął go za rękę i ruszyli w stronę szkoły, swobodnie o czymś gawędząc.
   Cała ta akcja, nie wiedzieć czemu, wyprowadziła mnie z równowagi i cały dzień chodziłem rozdrażniony. Warczałem nieświadomie, kiedy cokolwiek mnie zdenerwowało, a ludzie obchodzili mnie szerokim łukiem, obrzucając dziwnymi spojrzeniami. Bardzo dobrze, nie lubię ludzi.
***
   Po całym dniu lekcji, wróciłem do domu. Nie chciałem z nikim rozmawiać, chciałem zamknąć się w pokoju i już nie wychodzić. Rzucić się gdziekolwiek i po prostu zasnąć. Byłem zmęczony tym dniem, a w nocy nie spałem za dobrze.
   Niestety, kiedy tylko przekroczyłem próg, moje plany poszły w piach. W kuchni przywitała mnie cała "rodzinka" - łącznie z mieszkańcami z drugiej strony Stumilowego Lasu. Nie chciałem na nich zwracać za bardzo uwagi i tylko przemknąć niezauważony obok do swojego królestwa, odprowadzany dudnieniem glanów o podłogę, brzęczeniem łańcucha i trzeszczeniem skóry z każdym moim ruchem. Ale wtedy Lotty złapał mnie za ramię i kolejne moje zamiary spaliły na panewce.
   - Nie tak prędko, mój drogi. Po pierwsze, o co chodzi z tym warczeniem w szkole? Nauczyciel zadzwonił i mówił, że nie dało się do ciebie dotrzeć. I co z tą bójką?!
   - Kilka sińców, obić, otarć - nic więcej, niż po koncercie - relacjonowałem beznamiętnie, wzruszając ramionami. Spośród wszystkich wpatrzonych we mnie oczu, najbardziej parzyły te jedne.
   - Dlaczego? - zadał tylko jedno pytanie.
   - Prosił się - prychnąłem. Lotty westchnął zrezygnowany.
   - Erghem - odchrząknął. - Jest jeszcze jedna sprawa. Ale biorąc pod uwagę tę poprzednią, weź ją za konsekwencje swojego zachowania. Od teraz będziesz pomagał przy naprawie quada Luke'a. - Lotty wiedział, że zrobiłby do z przyjemnością, jako że było to jego pasją, więc to taka sama kara jak żadna, jednak nie narzekał. Chętnie spędzi sobie kilka chwil sam na sam z maszynką mechaniczną w garażu, wśród zapachu olejów, benzyny oraz cały upaprany w smarze. - ...Razem z samym zainteresowanym, nauczysz go czegoś. Umówcie się, kiedy weźmiecie się do pracy i kiedy będziecie się spotykać. I, Alex. Panuj nad sobą.
   Przewróciłem oczami, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do pokoju. Słyszałem za sobą ciche stąpnięcia chłopaka. Po chwili znalazłem się w swoim pokoju.
   - Zamknij drzwi - rzuciłem oschle. Rzuciłem torbę gdzieś w kąt, a siebie na łóżko. Spojrzałem na niego. Widziałem, że się na mnie patrzy, jednak nic nie mówił. - Kto to? - zapytałem. Miał niemądrą minę, ale po chwili załapał.
   - Mason.
   - Jesteście parą? - zapytałem bardzo dyskretnie. Na jego pytający wzrok, dodałem: - Na to wyglądało, kiedy wpychał ci swój język do gardła.
   - Ja... - Zaczerwienił się po same rzęsy. - Teoretycznie nie - padła wymijająca odpowiedź.
   - Co to ma znaczyć? - uniosłem brew, opierając się na łokciach.
   - Eee... jakby... nie układa nam się. Chciałem dać sobie z tym spokój, ale on się uparł. Teraz, na wakacje, wyjechał mówi, że za mną tęsknił, ale myślę, że to wymuszone. Po prostu mu głupio, że tak nalegał, a teraz nic z tego nie wyszło. - Mówił, jakby czuł potrzebę wytłumaczenia się przede mną. Może i tak było, a ja, gdzie z reguły było mi wszystko jedno, czułem ulgę. Chłopak nie był szczęśliwy w tym związku. - Ale wcześniej byliśmy przyjaciółmi, teraz też chcę do tego wrócić. Jednak nie zawsze przejście od przyjaźni do "czegoś więcej" jest dobre.
   - Nie chcesz mieć chłopaka? - zapytałem, a moja twarz nie zdradzała żadnych emocji.
   - Nie o to chodzi w związku, żeby mieć chłopaka. Jeśli miałbym mieć chłopaka i nie czuć do niego nic więcej, i tylko go ranić, to wolę już być sam. - Jego oczy stały się smutne. Poklepałem miejsce obok siebie na łóżku, zapraszając go do siebie. Kiedy wdziałem go takiego przygaszonego, samemu robiło mi się jakoś smutno.
   - No, chodź tu, iskierko - powiedziałem, widząc jego zawahanie. Po chwili położył się przy mnie na boku i mi się przyglądał. Odwróciłem się w jego stronę, spojrzałem mu w oczy, a on się uśmiechnął. Wyciągnąłem rękę w stronę jego twarzy i pogłaskałem go po policzku. - Tak lepiej...
   Odległość pomiędzy nami była tak niewielka, że pewnie mógł policzyć tych kilka piegów na moim nosie. Patrzyłam, jak jego wzrok wędruje od mojej rozczochranej grzywki, poprzez oczy - kąciki jego ust lekko się uniosły, na co nie mogłem zapanować nad zachwytem widocznym na twarzy - i powoli w stronę ust. On sam przygryzł swoje
   Moje serce przyspieszyło. W chwili zaćmienia umysłu, znów zapragnąłem pokonać tych kilka bolesnych centymetrów odległości pomiędzy nami i pocałować te malinowe usta. Jednak, zanim zrobiłem cokolwiek, pomiędzy nas wskoczyła mała, blond piszczałka.
   Wtedy jakby otrzeźwiałem.
   Co on ze mną robi?
   I rzuciłem się na małą cholerę z łaskotkami, dokładnie w tym samym momencie, co Luke. Abby zapiszczała, co zwabiło w próg mojego pokoju dorosłych.
   - Co tu się dzieje? Abby, złotko, ciszej - powiedział rozbawiony Jerome. Klęczeliśmy oboje nad piszczałką, łaskocząc ją a ona śmiała się do utraty tchu. Stykaliśmy się ciałami, a nasze ręce co chwilę splatały się ze sobą. Cała nasza trójka była tą zabawą dziecinnie ucieszona. Śmialiśmy się jak dzieci, a czwórka mężczyzn zeszła już na dół, kręcąc nad nami z politowaniem głowami.
   - Aaa! Stalcy juz, stalcy! - piszczała dziewczynka. Kiedy zostawiliśmy ją w spokoju, rzuciliśmy się na siebie.
   Sam już nie pamiętam, kiedy się tak dobrze bawiłem. A Lucas... Cóż, Lucas sprawia, że zapominam o całym świecie. Sprawia, że zapominam nawet o sobie, chociaż tak mało go znam. Oj, coś czuję, że może mnie to zgubić. Słabość do tego chłopaka jest dla mnie niezrozumiała, jednak nie dawała o sobie zapomnieć. Te myśli męczyły mnie przez większość nocy, a potem po prostu odpłynąłem, wdzięczny za chwilę odpoczynku.