niedziela, 28 września 2014

Księżyc na drzewie II

  Siedziałem na obalonym pniu drzewa. Rozpaliłem już ognisko i wpatrywałem się w czerwony ogień, który zdawał się wściekle rzucać, starając się uciec z drzewna, na którym go rozniecono. Uwielbiam ciepły blask ognia. Czy to w kominku, na dworze, czy jest to choćby mały płomyk świeczki. Uspokaja mnie i wprowadza w swego rodzaju, dość osobliwy trans. 
   Siedziałem tyłem do drzew. Nie słyszałem, nie widziałem, ale czułem, że się zbliża. Uśmiechnąłem się pod nosem na myśl, że mój partner także lubi takie podchody. Nie nastraszyć, ale zaskoczyć. 
   Zobaczyłem ciemność przed oczami, poczułem delikatne dłonie przyłożone do mich policzków, a elektryczność między moją skorą a tymi dłońmi upewniła mnie, że to na pewno Lotty. Przykryłem jego ręce swoimi. 
    - Lotty - wyszeptałem z szerokim, dumnym uśmiecham na twarzy. Poczułem, jak zbliżył głowę do mojej. 
   - Bingo, słodki - szepnął, podskubując moje ucho delikatnie zębami. Na ten gest, moje ciało automatycznie ożyło i zadrżało od napływu wrażeń. 
   Lotty wskoczył na miejsce obok mnie. Pochylił się w bok, w skutek czego szturchnął mnie ramieniem. 
    - Ach. Myślałem, że będzie trochę cieplej - powiedział z dziwnym wyrazem twarzy, pocierając ręce od łokcia aż do ramion. Miał na sobie tylko błękitny T-shirt z głupawym nadrukiem, jasne przecierane Jeansy i czarne trampki. Ściągnąłem swoją bluzę i objąłem go nią. 
   Wstałem z zamiarem pójścia do domu po jeszcze jedną, ale wtedy złapał mnie za rękę. 
   - Nie idź. Zmieścimy się - powiedział, rozkosznie odejmując poły bluzy od siebie. - Obydwoje wiemy, że jesteśmy partnerami. przecież nic nam to nie zaszkodzi. 
    - Racja. Myślałem tylko, że może zrobić się niezręcznie. Prawie się nie znamy. - Wstając, patrzył mi zadziornie w oczy. 
   - Jestem tu właśnie po to, abyśmy się poznali. Więc czy moglibyśmy sobie to ułatwić? 
   Blondyn objął mnie w pasie i pociągnął w swe ramiona. Był ode mnie niższy około dziesięciu centymetrów, ale nie przeszkadzało mi to. Faktycznie, musiało mu być zimno, bo miał chłodną skórę i trochę się trząsł. Jednak wiem, że gdyby nie zaplanował tego co teraz, wziąłby ze sobą bluzę. Ale cieszyło mnie to, z jaką łatwością przyjął mnie na swojego partnera, mimo że obaj jesteś my facetami. Ja też go objąłem pod ciepłym materiałem i opuściłem lekko głowę. 
   - Więc poznajmy się. 
   Uśmiechnął się, a w jego policzkach pokazały się urocze dołeczki, które chciałem ucałować. 
   - A co byś chciał o mnie wiedzieć? 
   - Po pierwsze, jak masz na imię? 
   - Lotty. - Chciał się odsunąć, ale mu na to nie pozwoliłem i przytuliłem mocniej do siebie. Czułem, że coś leży na rzeczy. Musiałem się dowiedzieć, o co chodzi, bo bardzo chciałem mu pomóc, ale jeśli mi nie powie, nie będę mógł tego zrobić. 
   Przycisnąłem go mocno do piersi, chcąc go trochę zachęcić do otworzenia się. Spojrzałem mu w oczy, by wiedział, że mam dobre chęci. 
   - Będziesz się śmiał. - Bardzo tego nie chciał. To było wypisane na jego twarz. W sposobie, w który marszczył brwi, zaciskał usta. 
   - Nie ma powodu do śmiechu - zapewniłem. 
   - Dobrze, ale chcę coś w zamian - powiedział chytrze. 
   - Co takiego? 
   - Pewność, że moje imię ci nie przeszkadza. 
 - Zrobię wszystko. - Byłem przekonany, że uczynię wszystko, byleby tylko Lotty czuł się swobodnie; żeby Lotty czuł, że może mi ufać. 
   Długo patrzył w moje oczy, zanim odważył się odpowiedzieć na pytanie.
   Wziął głębszy oddech i wypuszczał go powoli, podczas, gdy ja głaskałem go uspokajająco po plecach długimi ruchami dłoni. 
   - ...Charlotte - powiedział w końcu. Miał zaróżowione policzki. Wstydził się. Wstydził się własnego imienia. Wiedziałem, że bał się, że będę z niego szydził. Moja reakcja była dla niego bardzo ważna.
   Zaskoczyło mnie jego imię, ale to nie miało znaczenia, bardziej to, że już go znalazłem i więcej nie wypuszczę. Widziałem, że jego oczy nieznacznie zabłyszczały w blasku ognia. 
   - Co mam zrobić, aby ci udowodnić, że nie jest to dla mnie powodem do śmiechu, skarbie? - zapytałem niskim głosem, na który jego ciało zadrżało wcale nie z zimna, a jasne oczy przybrały ciemniejszych, głębszych odcieni.
   Jego dłonie były mocno zaciśnięte na mojej koszulce. Wyciągnąłem ręce, unosząc je do jego pięknej twarzy. Opuściłem wzrok na jego usta, ale tylko tyle odważyłem się zrobić. Nasze twarze dzieliło od siebie tylko kilka marnych centymetrów. 
   - Powiedz mi - szeptałem, ledwo trzymając się w ryzach. Lotty rozchylił lekko usta, a by,l to gest tak zmysłowy, że prawie eksplodowałem w spodniach. Ręce mężczyzny powędrował do mojego karku, a jego palce zanurzyły się w moich długich włosach. 
   - Pocałuj mnie. - Tyle wystarczyło, abym opuścił głowę i wziął w posiadanie jego piękne, pełne, słodkie usta. 
   Oboje jęknęliśmy z rozkoszy, Nasze biodra przylgnęły do siebie. Poczułem, że nie tylko ja jestem blisko wybuchu. Jego ręce zjechały do moich pośladków i objęły je. Popchnąłem blondyna delikatnie na pień, a sam uklęknąłem przed nim. Jego dłonie nie odrywały się od moich pośladków. 
   Otworzyłem usta, by zaczerpnąć powietrza, a on skorzystał szybko z tej okazji i wepchnął język do mojej buzi. Ja też złapałem go za tyłek. Taki idealny pod moim dotykiem, nawet przez jego Jeansy. Idealny i tylko mój. 
   Jestem wampirem i żyję najdłużej ze wszystkich istot nadprzyrodzonych, jakie do tej pory poznałem, a jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś, kto pasowałby do mnie tak perfekcyjnie. 
   I obym nigdy więcej nie spotkał. 
   - Lotty - wyszeptałem tuż przy jego wargach. Oderwaliśmy się od siebie. Zsunął się z pnia, usiadł przede mną w sporym rozkroku, przysyłając mi intuicyjnie, żebym usiadł pomiędzy jego zgrabnymi nogami. Z radością przystałem na jego propozycję, przyjmując pozycję, w której mogłem wygonie oprzeć się o jego klatkę piersiową. Podciągnąłem kolana pod brodę, a on objął mnie swoimi kochającymi ramionami w pasie.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wybaczcie, że tak krótko, ale nie mam już siły wydłużać tego, co mam zapisane na brudno w zeszycie. Poza tym, musiałam się streszczać, żeby zdążyć jeszcze przez weekend. :)

Pozdrawiam,
Oli. 

środa, 24 września 2014

Księżyc na drzewie I

Wiem, wiem! Już dawno miało być... Ale nie bijcie, nie jedzcie, nie krzyczcie na autorkę, gdyż to nie jej wina! :x No, może troszkę... jest zbyt leniwa, ale to wszystko przez szkołę, wyjścia i koncerty, i w ogóle... Już mi troszku siły brakło. :/  
No, cóż. Jeszcze raz bardzo przepraszam, następny rozdział postaram się przepisać szybciej, bo później tak to wygląda. 
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
   Las, w którym jakiś czas temu zdecydowałem się zamieszkać, do tej pory był niezbadany. Mimo tego albo dlatego - tego nie zdecydowałem - uwielbiałem spacerować wśród zieleni drzew, znajdować różne przepiękne miejsca, jaskinie i przepiękne łąki. Jednak moim ulubionym miejscem jest wodospad. Jasnoszare skały pnące się ku górze, otoczone wysokimi drzewami, gdzie woda szumiała, spływając wartkim strumieniem do przejrzystego źródełka.
   Nie mieszkam w tym lesie sam jeden. Mój starszy brat ze swoją rodziną nie mieszkają aż tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Rodzinę Kane'a uznaję za najbliższe mi dotąd osoby. Kane, Jerome oraz ich dzieci - sześcioletnią Abby i szesnastoletni Luke - to osoby, dla których oddałbym wszystko. Dzieciaki są rozkoszne, a Jerome'a znam od dawna, bo przyjaźniliśmy się w przeszłości, dlatego też byliśmy blisko, nawet przed jego sparowaniem z Kane'em. Oczywiście bardzo mnie to cieszy, jednak troszkę mi smutno, kiedy pomyślę, że mój brat spotkał kogoś, na kim może polegać; kogoś, kto go kocha, bez względu na wszystko, a ja nadal jestem skazany na samotność. Nienawidzę tej części siebie, tej, która im tego zazdrości. Jestem okropny, samolubny i egoistyczny... nie zasługuję na takie szczęście, jakie spotkało ich oboje.
   Szedłem zamyślony pomiędzy drzewami w stronę wodospadu, jednak zamiast niezagłuszonego niczym szumu wody, usłyszałem melodię graną na gitarze, a wtórował jej prawie anielski głos. Jednak słowa, które Anioł śpiewał, przykuły moją uwagę jeszcze bardziej, gdyż zdawały się doskonale opisywać stan mojej duszy.
   "Stałem się taki obojętny,
   Nie czuję twojego wsparcia.
   Jestem już zmęczony,
   Dużo bardziej świadomy.
   Staję się tym...
   Wszystko, czego chcę,
   To być bardziej sobą, a mniej tobą*..."
   Podszedłem do miejsca, skąd dochodziła piosenka. Siedział tam. Na skale przy wodospadzie, w objęciach trzymał gitarę, a obok niego na jednym z kamieni leżał niewielki notesik, w którym co jakiś czas coś notował.
   ~ Książę z bajki... - wymsknęło mi się szeptem.
   Popatrzył w niebo. Wyglądał na zamyślonego i bardzo pochłoniętego przez swoją pracę. Patrząc na chmury, zagrał kawałek melodii. Po chwili ułożył dalszy tekst piosenki.
   "...Stałem się taki obojętny.
   Nie czuję ciebie przy mnie.
   Jestem zmęczony byciem tym,
   Kim chcesz, bym był.*"
   Miałem łzy w oczach, słuchając jego głosu przepełnionego takim bólem, a za razem obojętnością. To trafiło prosto do mojego serca. Wyrażał wszystko, co czuję. Jeszcze nikt mnie tak nie przejrzał; tak po prostu, bez reszty.
   Korzystając z wampirzej prędkości, w ułamku sekundy znalazłem się tuż za blondynem, który od pierwszych chwil uwiódł moje serce.
   - Co o tym sądzisz? - zapytał, nawet się nie odwracając. Wiedział, że tu jestem. Że słucham tego, co w głębi siebie ma do powiedzenia. To mogło znaczyć tylko tyle, że blondyn był osobnikiem mojej rasy. Jeśli do prawda, musiał też zdawać sobie sprawę, że jestem jego partnerem i że jesteśmy sobie przeznaczeni bez względu na płeć...
   - To było... niesamowite! Naprawdę, trafia do serca, podbija umysł!
   - Hola, hola. Nie entuzjazmuj się tak, bo nie wezmę po uwagę twojej opinii. - Artysta nadal siedział tyłem do mnie. - Który wers podobał ci się najbardziej?
   - Hmm... "Stałem się taki obojętny. Nie czuję ciebie przy mnie." - zacytowałem, zastanawiając się, jak wygląda jego twarz, bo głos był idealny.
   - Ja także lubię ten najbardziej.
   Zaśmiał się. Delikatnie, cicho. Wstał, odwrócił się w moją stronę i spojrzał mi prosto w oczy. Był przepiękny! Blond włosy w nieładzie opadały lekko na czoło, miał szerokie, ciemne brwi, a rzęsy prawie do nich sięgały. Oczy miał tak jasne, że nie sposób określić ich koloru. Nos prosty, zadarty ku górze. Usta doskonałe - malinowego koloru, idealnie wykrojone - w sam raz do pocałunków. Delikatnie rozchylone dodawały jego twarzy romantycznej zmysłowości. Miał silnie zarysowaną szczękę, na której widniał lekki cień złotego zarostu.
   Słońce wyszło zza drzew i rozświetliło twarz pięknego nieznajomego, a on palcami przeczesał grube kosmyki. Ujrzałem, że przygląda mi się z zaciekawieniem wymalowanym na przystojnej twarzy. Wtedy zdałem sobie sprawę, że mój los jest przesądzony. Blondyn gwizdnął w pewnym momencie po gruntownej obserwacji mojej osoby.
   - No, tośmy wpadli! - powiedział z najpiękniejszym uśmiechem na twarzy, jaki kiedykolwiek widziałem. Jego rozpromieniona twarz wniosła kolory do mojego życia już przy pierwszym spotkaniu.
   Wyciągnął rękę w moją stronę z tym samym uśmiechem na ustach.
   - Lotty - przedstawił się. Zdziwiłem się, bo nie mam pojęcia, od jakiego męskiego imienia może to być zdrobnienie. Jednak on nie dodał nic więcej, więc przyjąłem jego dłoń i sam powiedziałem:
   - Gabe. Mieszkasz tu? - zapytałem, gdy już go puściłem.
   - Nie. Przyjechałem tutaj na "zwiady". Już od dłuższego czasu myślę, aby przeprowadzić się w tę okolicę.
   - Ach! Byłeś tu już kiedyś?
   - Taa. Na wakacjach jakieś pięć lat temu. A ty? Mieszkasz gdzieś w okolicy? - spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
   - Mam mały domek za tamtym wzgórzem. - Wskazałem niewielki pagórek porośnięty trawą i kolorowymi kwiatami. - Może wpadniesz wieczorem na ognisko? - wypaliłem po chwili.
   Lotty zastanawiał się przez chwilę, przyglądając mojej twarzy.
   - Chętnie... jeśli to nie problem.
   - Żaden problem! - odparłem chyba trochę za bardzo entuzjastycznie. Chyba tego wieczoru nie będę się czół samotnie.
   Już ja o to zadbam, usłyszałem w mojej głowie i to wcale nie była moja myśl. Uśmiechnął się tajemniczo, uwodzicielsko wręcz. Pochylił się i podniósł gitarę i notes.
   - Do zobaczenia - rzucił jeszcze na pożegnanie, cmokając w powietrzu i powolnym krokiem ruszył w swoim kierunku.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Linkin Park - Numb (wersja PL)

Pozdrawiam, mam nadzieję, że się podobała pierwsza część ;) Co do opisu, wstawię go poźniej, w ciągu najbliższych dni powinien się pojawić we wcześniej wspominanym poście : "Miłość w barwie zieleni (wstęp do trylogii)". 

Oli <3

sobota, 13 września 2014

Wieczność pragnienia IV - end

Witam :)
Ach, jeszcze ciepłe!  :D (Dlatego tak późno :/. Ale liczę, że mi to wybaczycie :) )

Tą notką kończymy część pierwszą Trylogii :) Chciałam Wam przypomnieć, że będę uzupełniać opisy kolejnych części przy poście "Miłość w barwie zieleni (wstęp do trylogii)". ;) 


A teraz zapraszam do czytania i liczę, że takie zakończenie bardziej przypadnie Wam do gustu. <3
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Gabe! - Kane rozpoznał intruza od razu. Ja potrzebowałem kilku sekund, aby zauważyć w niezapowiedzianym gościu brata mojego ukochanego. Miałem kiedyś przyjemność się z nim spotkać. To było dawno temu, ale zdążyłem go poznać i zapamiętałem, że od zawsze lubił płatać figle, niczego nie spodziewającym się osobom. Był on po prostu małym psotnikiem. Mimo tego, potrafił się zachować i znał granice wygłupiania się, których nigdy nie przekraczał. Miał to cenne wyczucie sytuacji. Uwielbiałem spędzać z nim czas. Sympatyczny, wrażliwy i czuły - facet idealny!

"Oj, oby nie dla ciebie, kochany. Ty już znalazłeś swojego "faceta idealnego". I nie możesz się już wycofać! Nie oddam cię nikomu!" Przypominał o sobie Kane. Zaśmiałem się, stwierdzając, że jest słodki.

- Gabe - szepnąłem czując łzy w oczach, które po chwili miały spaść na policzki.

- Hej, malutki. Nie płacz przeze mnie! - powiedział czule - jak to on.

W jednej chwili oderwałem się od Kane'a i rzuciłem w objęcia jedynego niegdyś przyjaciela. Przytulił mnie mocno, zagarniając w swoje ciepłe objęcia. Sam kochałem Gabriela jak brata.

- Tak bardzo za tobą tęskniłem, Gabi...

- Ja za tobą też, mały. - Zacząłem delikatnie łkać w jego pierś, a on gładził mnie uspokajająco po głowie. Kiedy się już w miarę uspokoiłem, pozwolił mi się odsunąć, a moje miejsce w objęciach brata zajął starszy z Selway'ów.

- Dawno się nie widzieliśmy, bracie - powiedział Kane. Z tego, co pamiętałem, zawsze byli ze sobą zżyci, aż pewnego dnia Gabriel postanowił wyjechać. Nikt nie wiedział, gdzie się znajdował, bo z nikim się nie kontaktował. Prawdopodobnie musiał znaleźć miejsce do swojego wypoczynku; miejsce, gdzie nikt nie zna jego imienia, aby wszystko mógł zacząć od nowa. Marzył o tym. Dlaczego więc wrócił? Czyżby tęsknota dała o sobie znać? 

- Oj, dawno, dawno - westchnął zamyślony Gabe. - A wy, co? Razem?! Od kiedy?

- Ach, bracie. My, to znaczy ja, Kane Selway, oraz ten oto przepiękny młodzieniec, Jerome Heart - mówił, obejmując mnie w pasie i stawiając bezpośrednio naprzeciwko Gabriela - jesteśmy przeznaczonymi partnerami. Jako najważniejszego i jedynego członka mojego rodzinnego klanu, proszę cię o uznanie tego związku partnerskiego, błogosławieństwo i przyjęcie mojego partnera do rodziny - orzekł oficjalnym tonem, formułkę wstąpienia obcego do klanu wampirów. 

- Nareszcie - szepnął. - Nareszcie dostrzegłeś w Jeromie swojego partnera. - Uśmiechnął się do nas rozpromieniony. Wyprostował się, nabrał powietrza, aby po chwili ogłosić donośnie: - Ja, Gabriel Selway, jako jedyny żyjący i najważniejszy członek twego klanu, oznajmiam, że przyjmuję tu obecnego Jerome'a Heart'a do swojej rodziny, jako partnera więzi mego starszego brata. Który jest sukinsynem, bo kazał mu tak długo na to czekać, a więc nie powinienem tego robić, jednak robię ze względu na mojego przyjaciela - tego już nie powiedział na głos. 

- Już ja ci dam sukinsyna, braciszku! 

- A nie jest tak? 

- Zaraz - wtrąciłem się w ich zabawną wymianę zdań. - Gabi, to ty wiedziałeś? 

- Tak, znaczy... - Potargał swoje długie do ramion brązowe włosy. - Przeczuwałem. Od zawsze wiedziałem, że łączy was coś szczególnego. 

- I nic nie powiedziałeś?! - wykrzyknęli równocześnie. 

- Obydwoje o tym wiedzieliście. Tylko nie chcieliście tego przyznać sami przed sobą. -  Zarumieniliśmy się oboje na to stwierdzenie, a Gabe tylko wzruszył ramionami. - W każdym razie, cieszę się, że w końcu się uznaliście i jesteście razem. Teraz wszystko będzie inaczej - na nowo. - Jego oczy znów zalśniły wesołym blaskiem. - Zadomowiłem się w tym lesie. To nie bardzo daleko, szczególnie jak się jest wampirem. - mrugnął do nas okiem. Będziemy mogli się częściej spotykać, pysiaczki! - Równocześnie jęknęliśmy na tę nazwę, ale nic nie powiedzieliśmy. 

Wrócił nasz Gabi. Widać po nim było, że miał coś jeszcze do powiedzenia, ale chyba wolał poczekać na dogodniejszą chwilę, a my nie naciskaliśmy. 

- Będę się już zbierał, walizki same się nie rozpakują - powiedział znów przygaszony. - Ale któregoś dnia musicie wpaść! - puścił nam buziaka w powietrzu i zanim zniknął całkowicie, zdążyłem tylko powiedzieć: 

- Do zobaczenia, Gabi. - Zasalutował i rozpłynął się w powietrzu, jakby go wcale tu nigdy nie było. 

Kane objął mnie i przycisnął usta do mojej skroni. 

- Obiad stygnie.

- Tak, mój mistrzu. 

Zaśmiał się lekko, prowadząc mnie schodami na górę. Chwilę później znaleźliśmy się już w kuchni, w której unosił się kuszący zapach ciepłych naleśników. Zauważyłam, że zdążył je zwinąć z nadzieniem w środku i poukładać na talerzu. 

Wskoczyłem z powrotem na ladę i wyjrzałem przez okno. Nie zauważyłem, kiedy brunet wziął jeden z talerza i praktycznie wepchnął mi jego kawałek do ust. Zdziwiony popatrzyłem się na niego zaskoczony. Śmiał się wniebogłosy. Musiałem wyglądać przezabawnie, cały w dżemie truskawkowym. Wziąłem kolejnego naleśnika i wykorzystując chwilę jego nieuwagi, rozmazałem mu nadzienie na nosie. 

Szybko stanąłem na nogi i zacząłem uciekać. Nie odbiegłem daleko; tuż przed samymi drzwiami do sypialni złapał mnie wpół. Odwrócił mnie w swoją stronę i przyparł do ściany, odcinając mi drogę ucieczki swoim ciałem. 

Jego oczy błyszczały, gdy wpatrywały się w moje. Jego włosy były rozczochrane, opadające w nieładzie na czoło. Nie mogłem się powstrzymać, uniosłem ręce do jego karku i zanurzyłem palce w czarnych kosmykach. 

Schylił się, sięgnął po moje kolana i pociągnął do góry tak, że musiałem się go mocno chwycić, obejmując nogami w pasie. Otworzył szerzej drzwi do sypialni i rzucił mnie na łóżko. Zamknął drzwi i już miał się rzucić na mnie, gdy w następnej chwili się wymknąłem, śmiejąc głośno z jego zdziwionej miny. Byłem zadowolony, że mi się to udało. 

Trochę oszołomiony próbował się zbliżyć, lecz zawsze udawało mi się gdzieś czmychnąć. Już lekko poirytowany moją zabawą, dopadł mnie i zamknął w stalowym uścisku swoich silnych, męskich ramion. 

- Nie uciekaj przede mną, skarbie - wymruczał, łapiąc mnie zaborczo za pośladki. 

- Dlaczego? - zapytałem słodko, trzepocąc rzęsami. 

- Ponieważ nie będę cię ganiał po całym domu, kiedy mam ochotę się z tobą kochać. - zlizał dżem z moich zaróżowionych policzków. Był podniecony... no, ja też. I bardzo mi się to podobało. Sposób, w jaki mnie trzymał...

Zaczął mnie kierować w stronę łóżka, z którego niedawno zwiałem dla zabawy. Tym razem mnie nie puszczał. Położył mnie na poduszkach i sam przygniótł swoim ciałem. Bardzo męskim, twardym, gorącym ciałem...

Trzymał mnie pod sobą za ręce. Z pewnością nie chciał, bym mu się znowu wywinął. 

- Napaleniec - zaśmiałem się przekornie. Cóż, jestem jego partnerem i bardzo podoba mi się, kiedy taki jest. Zabawnie wyglądał. 

- Och, Jerome. - Od razu polubiłem ten dźwięk warkotu w głosie bruneta. Teraz liczył się tylko on. Przeturlałem nas tak, że teraz to ja byłem na górze, a moje kolano wsunęło się między jego nogi. Na brzuchu wyczułem obiekt jego pożądania. Zerwałem z niego koszulkę i pochyliłem się nad jego gładką, dobrze zbudowaną klatką piersiową. Jego brzuch też był niczego sobie. Zacząłem całować jego obnażoną pierś, a on jęczał i wił się pod moim dotykiem, kiedy schodziłem coraz niżej. 

Po niedługiej chwili, oboje nie mieliśmy na sobie żadnych ubrań. Przygotowanie mnie oraz mojej dziewiczej dziurki nie trwało znowuż tak długo, jako że nie jestem człowiekiem. Kane ułożył mnie pod sobą i pieszcząc moje usta gorącymi pocałunkami, usadowił się we właściwym miejscu. Jednym, płynnym ruchem zagłębił się we mnie po same jądra. Co prawda, było mi trochę nieprzyjemnie, sapnąłem, ale nie trwało to długo, bo mój partner od razu podrażnił moją prostatę, co wywołało u mnie okrzyki zachwytu. 

Po pewnym czasie nie było dla nas nic tak ważnego, jak dawanie sobie wzajemnej przyjemności.

- Kane - wydyszałem z trudem, ledwo trzymając się skraju przepaści - Kocham cię!

- Ja ciebie także, Jerome. 

Kilka gwałtownych pchnięć później doszliśmy równocześnie, on - rozlewając się we mnie, ja - brudząc nasze brzuchy. Opadliśmy w swoje objęcia. 

- Ale tak już na zawsze. Na wieki. Takie stare i pomarszczone "na zawsze", chociaż my się nie starzejemy - powiedziałem, gdy na nowo mogłem złapać oddech. 

- Wytrzymasz ze mną całą wieczność, piękny? 

- Nie wytrzymam bez ciebie - przyznałem i pocałowałem go namiętnie w usta. Tak bardzo, jak tylko potrafiłem, starając się włożyć w to całą moją miłość, jaką darzyłem Kane'a. 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Życzę miłego zarówno weekendu, jak i całego tygodnia! 
Liczę na Wasze komentarze :>

Pozdrawiam, 
Oli <3 

sobota, 6 września 2014

Wieczność pragnienia III

Witam, przepraszam, że tak późno dodaję, ale zapomniałam, że to już sobota :/ :)
Chciałabym na wstępie przypomnieć, że to już przedostatnia część Wieczności pragnienia.  Jak już wcześniej wspominałam, następną częścią trylogii będzie Księżyc na drzewie (którą planuję zacząć publikować od 20.09).
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zobaczyłem ból w jego niesamowitych oczach, a z moich własnych pociekły łzy.

 - Przepraszam - wyszeptałem gorzkim głosem. Ten, przytulił mnie mocno do siebie, kręcąc głową i wyrozumiale powiedział:

- Nie. Masz rację, to ja przepraszam. Przepraszam cię, kochanie. Od tamtego czasu, od kiedy cię porzuciłem jesteś taki oziębły, masz taki gorzki głos, jesteś dla siebie taki ostry... to wszystko moja wina. Nie byłeś taki! Byłeś ciepły, miły, uprzejmy. Tak bardzo cię przepraszam. Gdyby nie ja, nadal byłbyś tym samym chłopcem, co wtedy. Zniszczyłem cię, bo tak bardzo cię kocham... - potok słów został przerwany poprzez załamujący się głos, więc Jerome postanowił, że teraz jego kolej mówienia.

- To nie twoja wina, gdyby nie ty, na pewno bym już nie żył. Wiesz o tym. Nie dbam o to, jaki byłem, jaki jestem teraz. Ja... Pragnę być tylko z tobą. Obiecuję, że to już więcej się nie powtórzy, że będę taki, jak kiedyś - taki, jakiego mnie pokochałeś. Tylko błagam. Błagam, nie opuszczaj mnie już więcej. Ja bez ciebie... nie ma mnie... - Odchyliłem od siebie jego głowę. Po jego policzkach także spływały łzy, niczym grochy. - Proszę cię, zostań ze mną. Tylko tyle. - Lekko musnąłem jego wargi swoimi.

- Obiecuję. - Pochylił się, przygarnął mnie mocniej w swoje ramiona i pocałował. Długo, głęboko, namiętnie, gorąco. Całą siłę tej obietnicy włożył w ten pocałunek.

***
Gdy oderwaliśmy się w końcu od siebie po obustronnym odkryciu partnerstwa, było już na tyle późno, aby na zewnątrz słońce chyliło się ku koronom ciemnozielonych drzew, a nam zaburczało w brzuchach. Obydwoje roześmialiśmy się na ten warczący dźwięk. 

- No, kochanie! Pora na obiad. Na co masz ochotę? - mruczał Kane, miziając mnie nosem po policzku i uśmiechając się przy tym czule. Przez tych kilka godzin zbliżyliśmy się do siebie, dlatego teraz nie oberwał w łeb za ten zwrot w moim kierunku. Zdziwieni? ...Ja też. Podczas jednej z naszych rozmów tego dnia, jakaś bariera, która tkwiła we mnie i pozwalała się dotychczas temu małemu, płochliwemu, mentalnemu "mnie" za nią chować, a wszystkich innych zostawiać po drugiej stronie - przez wiele lat wydawało mi się, że jest stabilna, skuteczna, a ona - tak po prostu runęła! Nie wiedzieć kiedy, przestałem traktować go z takim dystansem, chłodną obojętnością. Jednak muszę przyznać, że jestem z tego dumny. 

Uwierzcie, walka ze sobą o to, co się kocha, a czego obawia - wcale nie jest taka prosta, aby ostatecznie zwyciężyć ją w jedno popołudnie. Do tego trzeba czasu. Może nawet wieków. Na szczęście, wampiry czasu nie liczą, a więc mamy oboje z moim partnerem na to czasu... cóż, aż do śmierci! A biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy teoretycznie nieśmiertelni...

"Będziemy żyć razem dopóki na się nie znudzi. A potem umrzemy razem, żeby później znów być razem. I tak w kółko, miłości moja" - przerwał moje słodkie rozmyślania głęboki głos... "Kochanka" - dokończył cicho za mnie.

"Nie jesteśmy kochankami."

"Jeszcze nie, kochany. Pomyśl tylko, co się będzie działo w twojej, a właściwie naszej sypialni, kiedy słońce całkowicie zajdzie, mrok pochłonie tę półkulę, a księżyc będzie igrał swym blaskiem po naszych rozgrzanych ciałach...

Jęknąłem, słysząc ten rozmarzony, obiecujący głos. 

"Nie obiecuj, nie obiecuj!" - odpowiedziałem i zerwałem się z sofy, nim on sam mógł zareagować i zacząłem uciekać. Biegłem z taką prędkością, że ciężkie zasłony przy oknach zaczęły się kołysać, obrazy na ścianach pomalowanych na kolor piaskowej żółci przekrzywiały się, a nawet niektóre obróciły się o równe sto osiemdziesiąt stopni albo spadały! Nie przejmowałem się tym i nadal biegałem w kółko wokół Kane'a, wykorzystując fakt, że jestem od niego o wiele młodszy i drobniejszy, żeby mógł mnie dogonić. 

Jednak w pewnym momencie już się trochę zmęczyłem i podstępny krwiopijca podstawił mi nogę! Potknąłem się i z pewnością runąłbym jak długi, gdyby natychmiastowo nie złapał mnie w swoje ramiona. Przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął iść w stronę kuchni. Cholera, silny był. Jednak ja to przyjąłem z ulgą, bo trochę mi się już kręciło w głowie i gdybym miał tam dojść o własnych siłach - na pewno bez powiewu "halnego" by się nie obeszło. 

W pomieszczeniu o ścianach w kolorze kawy z mlekiem utrzymanym w barwach karmelu, ciemnej i jasnej czekolady, Selway posadził mnie na jasnym blacie obok kuchenki. Kuchnię urządziłem po swojemu.

- Pytam jeszcze raz - powiedział hardo, patrząc mi w oczy. - Jerome, na co masz ochotę? 

- Emm... yy... - zastanawiałem się, choć strasznie trudno było mi myśleć, kiedy on tak na mnie patrzył. Lodowate tęczówki, które tak uwielbiałem, bo było w nich tyle przeciwieństw, zdawały się świdrować mnie od środka, zaglądać do duszy. Podniósł jedną ciemną brew do góry, a ja szybko wypaliłem: - Może... naleśniki? 

- Robi się! - odparł wesoło. 

Podszedł do lodówki. Na blacie obok mnie zaczął ustawiać składniki. Za każdym razem, gdy tak się kręcił po kuchni za moimi wskazówkami, gdzie co znajdzie, ocierał się o mnie. Odsunąłem się nieznacznie, lekko zarumieniony. Zgromił mnie wzrokiem, na który się skuliłem w sobie. 

Wrzucił wszystko, co potrzebne do naleśników do miski, a następnie umieścił ją pod mechanicznym mikserem. Roboty kuchenne są na tyle dobre, że nie trzeba ich trzymać. Włączył do prądu i wcisnął zielony guzik na maszynie. Posprzątał bałagan, jaki zrobił bawiąc się w kucharkę, a wszystkie czynności wykonywał pod uważnym spojrzeniem orzechowych oczu. 

Podszedł do mnie, oparł się dłońmi po obu stronach moich nóg na blacie. Przybliżył swoją przystojną twarz do mojej. 

- Jerome - wymruczał, jakby to było jego ulubione słowo. Zadrżałem. Patrzyłem na jego usta, całkowicie nimi zauroczony. Pochylił się. Nie musiał nawet korzystać z daru czytania w myślach, żeby wiedzieć, o co chodzi. Tak to już jest, że w związku partnerskim jego członkowie wiedzą, co chodzi po głowie drugiej stronie. 

Całowaliśmy się tak długo, dopóki kuchenka nie dała o sobie znać, że już nagrzała się wystarczająco. Obydwoje jęknęliśmy rozczarowani, że ten czas tak szybko minął. Czułem, że się uzależniam od Kane'a. Od jego smaku, dotyku, głosu, obecności. Przerażające, jak szybko można się do kogoś przywiązać. 

Oderwał się ode mnie niechętnie i zaczął wylewać wyrobioną masę na patelnię. Kiedy już smażył nasz obiad, poczułem nagły przypływ kapryśnej weny, gdy myśli zaczęły kłębić mi się w głowie, a z nieskładnych z początku wyrazów, zaczęły układać się sensowne zdania.

Swobodnie zeskoczyłem na podłogę pokrytą kremowymi płytkami i pobiegłem w stronę salonu. 

- Hej! Dokąd to? - krzyknął za mną zdziwiony Selway. 

- Za chwilę wrócę! - odkrzyknąłem, kierując się po mojego ulubionego "podziemnego pokoju". 

Dorwałem pamiętnik i rzuciłem się razem z nim na skórzany fotel, by jak najszybciej napisać to, co miałem do napisania. Nie chciałem się na długo rozstawać z moim partnerem. 

Drogi pamiętniku!
    Dzisiejszego dnia odkryłem coś niesamowitego - odnalazłem mojego Partnera Więzi! Jest nim nie kto inny, jak Kane Selway. Zawsze wiedziałem, że coś mnie do niego ciągnie i może dlatego po jego zniknięciu nie szukałem sobie jakiejś bratniej duszy. Od zawsze czułem, iż coś nas łączy, jednak nigdy nie śmiałbym marzyć, że jesteśmy sparowani. 
     A może śmiałbym...? 
     Cóż, nieważne. 
   Po jego zniknięciu cały mój świat się zawalił. Rozsypał na drobny mak. Zamarzł. Zamarzł i pozostał do tej pory taki, jak oczy mojego ukochanego. W moim nieporównywalnie zimnym, pięknym, ale i pustym świecie - zostałem całkiem sam. Nigdy nie przypuszczałbym, że ożyje on dzięki jednej osobie, której jedno spojrzenie może zamrozić lub rozgrzać; zabić lub ożywić. I która dzisiejszego ranka dała znów o sobie znać z wielkim hukiem. Dosłownie. 
   Hałas był niemały, kiedy obydwoje z impetem runęliśmy na ziemię pod wdzięcznym świerkiem, gdy wampirzok przeklęty (kochany) na mnie spadł. 
    Przez resztę dnia leniuchowaliśmy we wspólnych objęciach. Uwielbiam jego ciepło, siłę oraz moc, płynącą z jego obecności. Sądzę, że on o tym wie i mnie darzy podobnymi uczuciami. 
    To trochę przerażające. 
   Tak łatwo przyzwyczaić się do obecności kogoś, a nawet potrzebować jej jak tlenu. I to w tak krótkim czasie...
   Muszę już wracać na górę, opuścić mój azyl, bo obiecałem Kane'owi, że za chwilę będę z powrotem. Czuję jego zaciekawienie i niecierpliwość płynącą w moich żyłach (ugryzłem go... tylko troszkę!). 

Gdy wstawałem, zwróciłem uwagę, że w pomieszczeniu było nienaturalnie chłodno. Nigdy nie było tutaj za ciepło, ale to nie było normalne zimno ciągnące z podziemi.

Ktoś tu jest, pomyślałem odrobinę zlękniony, bo czułem, że to ktoś z mojej rasy. I to na pewno nie był Kane. Od razu wiedziałbym, gdyby znalazł się w pobliżu.

Więc kto? Kto by się zapuścił tak daleko do lasu, nie mając ku temu konkretnego powodu...? ... Ja.

"Na pewno, żadnego powodu?" - zakpił męski głos w mojej głowie, jakby rozbawiony. Próbowałem uspokoić szaleńczy rytm bicia swego serca.

"A jaki mógłby być powód nachodzenia domu spokojnego, młodego wampira?" - przesłałem ostrożnie pytanie. Jednocześnie usiłowałem powiadomić Selway'a o nieproszonym "gościu". Poczułem przypływ jego ciepłej, uspokajającej mocy.

Po drugiej stronie "linii" usłyszałem tylko cichy, delikatny i na pewno nie przerażający śmiech.  

"Daj spokój", powiedział. "Nic ci nie zrobię, kruszynko." 

"Skoro tak, pokaż się", odparłem hardo. Po chwili patrzyłem, jak z cienia wyłania się wysoki zarys silnie zbudowanego mężczyzny. Nie widziałem jego twarzy poprzez półmrok panujący w piwnicy, ale swoją postawą, wzrostem i budową przypominał mi Kane'a. Aczkolwiek wydawał się trochę niższy. Niewiele, ale jednak.

Nie słyszałem zbliżających się kroków, ale w chwili, kiedy poczułem silne ramię obejmujące mnie, zapach już tak dobrze znany moim nozdrzom tak blisko mnie, czułem się bezpieczny.

Mój kochany partner, pomyślałem.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Czy już wspominałam, jak bardzo męczy mnie wstawanie wcześnie rano? Jeśli nie, to teraz mówię... Dziękuję mojej Alfie, że przypomina mi o wpisach. :)

Pozdrawiam,
Oli :3