niedziela, 29 czerwca 2014

Serce na Granicy Mroku: Rozdział 15

Witam :)
Cieszę się, że interesują Was dalsze losy bohaterów mojego opowiadania. :) Chciałabym także podziękować za cierpliwość i wyrozumiałość dla mojej osoby, ponieważ, jak już pewnie kiedyś wspominałam, piszę na bieżąco i moja wena, pewnie jak każdego, czasami zanika. Wiem także, że rozdziały nie są idealne i bez trudu można by się dopatrzyć kilku błędów, ale nikt nie jest nieomylny, a mnie po prostu cieszy fakt, że mogę się z kimś podzielić moimi fantazjami. 

To chyba tyle chciałam powiedzieć na wstępie :)

Zapraszam do czytania! :D
--------------------------------------------------------------------------------
Pocałunek mężczyzn trwał długo i po kilku jękach, dobywających się z ich gardeł, wywnioskował, że musiał być gorący. Aż żal mu było im przerywać. Wiedział, że jeszcze wiele lat, zanim znów się spotkają, a partnerskie dusze już na zawsze połączą. 

Podniósł wzrok. Od samego patrzenia na nich zrobiło mu się gorąco. Ich ciała przylgnęły do siebie, a usta ocierały w taki sposób, że nawet on się podniecił. Pomyślał o swoim ukochanym, o tym, co będzie z nim robił, kiedy już go odzyska. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby być inaczej; że coś mogło by pójść nie po jego myśli. 

Wyobrażał sobie, jakby to było, gdyby to on całował się tak właśnie z Quentinem... Cholera, tęsknił za nim. Bardzo. Chciał z nim teraz być. Móc się przytulić. Lub dać oparcie. Wtem przypomniała mu się ich pierwsza wspólna jazda na motocyklu. To było wspaniałe, że pomimo tego iż się nie znali, chłopak tak ufnie się w niego wtulał. Tak mocno się go trzymał. Tak, jakby był jego ostatnią deską ratunku w tym paskudnym świcie. Dla mnie tym właśnie jesteś, pomyślał ciepło, pragnąc, by kochanek go usłyszał. Kocham cię. Nie zapominaj o tym. Błagam, nigdy o tym nie zapomnij...

Alex przeniósł swoją dłoń tuż nad pośladki młodszego mężczyzny. Powoli, niechętnie oderwał od niego wargi i nadal go obejmując, spojrzał mu z żarem w oczy.

- Czekaj na mnie - mruknął chłopak. Nagle zachciało mu się żyć! Wiedział jednak, że nie może odwołać swojej decyzji. Miałby później żal do siebie. Już dawno temu podjął tę decyzję. Wątpił nawet, czy vampiry posłuchałyby jego prośby. 

- Masz moje słowo – przysiągł i po raz kolejny, pocałował go gorąco, namiętnie, ale krótko. Zdecydowanie za krótko.
   
Alexander stanął za chłopakiem i objął go w pasie, zamykając oczy, przytknął nos do jego karku i zaczął wdychać jego zapach.
   
Darren podniósł rękę, z której pazury wydłużyły się nieznacznie. Przyłożył pięść do obnażonej piersi mężczyzny. To będzie tylko chwila, uspokajał się w duchu, bo tak naprawdę nie cierpiał tej roboty. On nic nie poczuje. Nie będzie cierpiał. Nie będzie go bolało. Dłoń chłopaka powędrowała na kark vampira i skinął głową, w cichym poddaniu. Błyskawicznie odciągnął dłoń od niego, by po chwili zatopić ją głęboko w jego piersi. Zimne, nieludzkie palce zacisnęły się na pulsującym szaleńczo organie. Wynurzył rękę z powrotem z ciepłego ciała. Ociekająca krwią dłoń dzierżyła ludzkie serce, zanim upadło z głuchym plaśnięciem na betonową posadzkę.
   
Z chłopaka uleciało ostatnie nabrane wcześniej przez niego powietrze, ciało osunęło się na vampira stojącego za nim. Ręka, czerpiąca z ostatniego dotyku czarnookiego, opadła swobodnie w dół, zsuwając się po torsie Alexandra. Ten wziął bezwładne ciało w ramiona, kucając blisko ziemi i pochylając się nad nim.
   
Pojedyncza łza zaznaczyła jego policzek, a później spadła na twarz chłopaka. Pomimo niej, na ustach vampira widniał uśmiech. Pocałował ostatni raz siniejące wargi. Skóra zbladła, a Alex położył go delikatnie na ziemi. Aby zaznał spokoju i mógł wrócić z powrotem do niego, kiedy w końcu przyjdzie odpowiedni czas, według rytuału, przywołał i zesłał na chłopaka kuję mocy, która spaliła ciało z niebieskim błyskiem i już jej nie było.
   
Wziął garść błyszczącego pyłu, jaki pozostał w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu był Podrzędny, i  sypnął nią w powietrze, wypowiadając zaklęcie, które miało mu umożliwić powrót.
   
Partner, podpowiedział demon siedzący w nim. Dopiero teraz się zorientował w tym, o czym vampir wiedział od samego początku, jednak siedział cicho. Jego „ludzka” część, jeśli mógł tak powiedzieć, myślała, że chce, aby ten człowiek przy nim trwał, bo był samotny… Teraz jednak zdał sobie sprawę, że za jego pociągiem do tego mężczyzny stała silniejsza natura, niżeliby ochota skończenia z samotnością. 

***
Queen nadal stał przed ojcem, zastanawiając się, jak to jest, że żyje się obok kogoś przez tyle lat, a na końcu i tak okazuje się, że wcale się go nie zna? Nigdy by się tego po nim nie spodziewał. Nie dość, iż nie miał pojęcia o pobycie tego od tylu lat w areszcie, to tym bardziej nie spodziewał się takiego uchylenia od dumy. Był zdziwiony, ponieważ z tego, co usłyszał wynikało, że mężczyzna został aresztowany i skazany niedługo po jego ucieczce, a do tej pory o tej sprawie było cicho. Było to naprawdę dziwne, gdyż George Dark był osobą publiczną, powszechnie znaną. Także niepokoił go fakt, iż mężczyzna do tej pory nie uchylił przed nim - i zdawało mu się, że nie tylko jego to ominęło – skrawka tajemnicy, jakim był powód do zatrzymania pięćdziesięciolatka w tym miejscu.

Trochę tego wszystkiego nie rozumiał. Nie mógł pojąć tych wszystkich, dziejących się tak szybko, wydarzeń. To było dla niego trudne, ale nie był tępy. Wiedział, że coś musiało się stać, aby ten mężczyzna wylądował w takim miejscu i tak długo w nim pozostał. A następnie, żeby czuł potrzebę szybkiego opuszczenia tego miejsca, po niewątpliwym przyzwyczajeniu się do niego. Po tylu latach, trudno byłoby nie przywyknąć do zasad panujących w najbliższym otoczeniu. Rozumiał także, że George musiał coś zrozumieć, wymyślić lub ukartować, by zadać sobie po tak długim czasie, trud odnalezienia oraz poproszenia o pomoc zaginionego „nasienia”.

- Teraz muszę się stąd wydostać, a ty mi w tym pomożesz. Bez żadnego szemrania. – kontynuował swój wywód Starszy. Jednak Quentin nie bardzo wiedział, o czym on mówi, zamyślony. Poza tym był uparty, często nie słuchał tego, co ktoś do niego mówi, nie zależnie od tego, jakie to może mieć dla niego skutki. Przypomniał sobie, że ostatnio takim swoim zachowaniem omal nie doprowadził do szału swojego partnera. Na to, mimo wszystko, ciepłe wspomnienie zapragnął się uśmiechnąć. Lecz nie pozwolił sobie pokazać tej słabości na zewnątrz, bo wiedział, że ci ludzie nie zawahaliby się przed niczym, aby go udupić. – Pójdziesz grzecznie z moimi chłopcami, będziesz z nimi w stałym kontakcie, wykonując moje polecenia. – w Quentinie aż się gotowało, ale twardo trzymał obojętną maskę na twarzy. – Później pojedziesz do Leona Strike’a, najlepszego prawnika w całym państwie, a przy tym mojego starego znajomego, i przyjedziesz z nim powrotem tutaj, aby mnie uwolnił. Masz dwa dni, by go przekonać.

- Dlaczego właśnie ja?  Nie mogłeś kazać któremuś z twoich „chłopców” tego zrobić?

- Nie, nie mogłem. Widzisz, znam Leona już długie lata i wiem, że mógłby mi pomóc, tylko wtedy, gdy będzie sądził, że mu się to opłaca.

- Czyli że jest taki, jak ty. – na to stwierdzenie pięćdziesięciolatek zgromił go wzrokiem, ale kontynuował, nie zwracając na to większej uwagi. W końcu miał rację.

- Dlatego właśnie musiałem sprowadzić ciebie. Leon lubi męskie dupy, a ja znam kogoś, a raczej coś, co jest chętne dać komukolwiek, byleby tylko miał kutasa. Pomyślałem, że znam męską dziwkę, która załatwi dla mnie to, czego potrzebuję. Mój synalek zrobi to z największą przyjemnością…

- Ciebie chyba pokurwiło! Nie jestem żadną dziwką! – Queen już nie wytrzymał. Mimo to, nie zamierzał wyznać mu prawdy o Darrenie. Nie narazi go. Tego był pewien. – I nie zmusisz mnie, abym to zrobił.

- Hm. Nie powiedziałbym. – miał cwany wyraz twarzy, kiedy starał się podburzyć pewność siebie Quentina domniemanymi wątpliwościami. – Tacy twoi kumple, jak już wspominałem, nie byliby zachwyceni „randką” sam na sam z moimi chłopcami. – dobre zagranie z jego strony, ale nie przewidział pewnej rzeczy.

- Phi. Oni nie mają dla mnie znaczenia. Byłem z nimi tylko po to, by zarobić i stać się sławnym. Tylko kariera się dla mnie liczy. Od zawsze tak było. Po trupach do celu, trudno. – kłamstwo. Wszystkie te słowa były kłamstwem. Ale ojciec nie musiał o tym wiedzieć. Był teraz zdeterminowany chronić przyjaciół. – Wszystko ma swoją cenę, prawda, tato? Czyż nie tego mnie uczyłeś?

Staruszkowi mina nieznacznie zrzedła, szczęka opadła. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Sądził, że da radę szantażować gówniarza. Ale nie! On, jak zwykle, musiał wszystko zepsuć! Cóż za niewdzięczna istota. Bezużyteczna.

***
Darren mknął przez ciemne ulice miasta, by dostać się na dugi jego koniec. Biegł, wykorzystując swe vampirze umiejętności. Żaden człowiek nie mógł go dostrzec, a nie-ludzie nie byliby zaskoczeni tym widokiem. Zaraz za nim mknął Alexander. Umówili się z ekipą, że spotkają się na miejscu pod wskazanym przez Podrzędnego adresem. Znał to miejsce. On także miał tu znajomości, bo dobrze posiadać choć takie coś. Miał jednak nadzieję, że nigdy nie będzie miał okazji, potrzeby, by z nich skorzystać. Dzisiaj jednak postanowił, że nie zrobi tego, dopóki to nie okaże się konieczne.


Zatrzymał się przed bramą główną ośrodka. Musiał poczekać na posiłki. Zapatrzył się przez chwilę na ogromny budynek za ogrodzeniem z solidnej siatki, uwieńczonym drutem kolczastym, który się rozpinał u jego szczytu. W bladym blasku księżyca wszystko to wydawało się wyjątkowo zimne.
-----------------------------------------------------------------------------------
Bardzo dziękuję za komentarze! :)
Pozdrawiam gorąco :3
Oli <33

wtorek, 17 czerwca 2014

Serce na Granicy Mroku: Rozdział 14

- Sądzisz, że możesz na mnie liczyć? Po tym, co mi zrobiłeś? – Queen był wściekły, chociaż nie krzyczał, przez co był jeszcze bardziej przerażający. – Nie licz na to. Znajdź sobie kogoś innego, kto byłby na tyle głupi, aby ci pomóc.

- Och, już znalazłem. Jesteś nim ty, ośmielając się nazwać moim synem w dniu swoich narodzin.

- Teraz, ze wszystkich dokonanych rzeczy, właśnie taj żałuję najbardziej. Nie, wyrzekłeś się mnie już dawno temu. Może nie pamiętasz, właśnie wtedy, kiedy dowiedziałeś się, że jestem gejem.

- Nie będę miał syna pedała! Ale niestety, mam tylko jedno dziecko i czy ci się to podoba, czy nie, jesteś nim ty.

- Więc zrób sobie nowe. – jad z niego aż kipiał, stojąc przed tym facetem.

- Aktualnie nie mam z kim. Może nie zauważyłeś, ale siedzę w pace! Tutaj raczej nie ma zbyt wiele kobiet. – cały czas warczał.

- To nie mój problem. Z resztą, i tak nie miałbyś z kim sobie tego zapewnić. – powiedział uszczypliwie, czego z pewnością nie przeoczył jego ojciec.

- Mylisz się. I wcale nie jest mi bardzo przykro, wyprowadzając cię z tego błędu: do kiedy chodzisz po tej ziemi, to jest twój problem.

- Nie. Nie mam zamiaru szukać dla ciebie wybawienia, tatusiu. – cholera, uparty był. Jak diabli.

- Masz tylko pomóc mi się stąd wydostać, tak trudno ci to zrobić? – Starszy także nie ustępował. Nie przegra.

- Chcesz pomocy od opętanego, spedalonego śmiecia? Co ludzie by powiedzieli? – grał paskudnie, czyli na poziomie ojca. Ten skrzywił się, kiedy Quentim wymieniał obelgi, które niegdyś kierował do syna. Taa, kto by pomyślał? „Kto dołki kopie…” Cóż, właśnie. Stare przysłowia mają to do siebie, że są cholernie celne. – Niby dlaczego miałbym to zrobić, hę? Jakoś nie czuję specjalnej tęsknoty za twoją osobą.

Instruktor prawie parsknął, zanim się opamiętał. Wątpił, by ktokolwiek był zdolny, czuć cos takiego względem Starucha.

- Dlaczego? Zaraz ci powiem – zapowiedział złowrogo. – Ponieważ mieszkałeś pod moim dachem przez szesnaście lat, nie robiąc nic, aby na to zasłużyć. -Quentin prychnął. Nie przekonało go to. – A mimo to, uciekłeś ode mnie. – kontynuował niezrażony pięćdziesięciolatek. – Było ci u mnie źle? – zapytał, jednak nie oczekiwał odpowiedzi, bo mówił dalej: - Wydałem strasznie dużo kasy, aby cię znaleźć…

- Och, jaki troskliwy! – przerwał mu jego wywód.

- Milcz! – syknął ojciec i pozwolił, a raczej kazał, kolejny raz uderzyć go w twarz. – Chcę  cię poinformować, że przy okazji poszukiwania ciebie natknęliśmy się na kilka tropów, a mianowicie na ludzi, którzy raczej nie są ci obojętni. Chociażby ci chłopcy, jak im tam? Ach, już pamiętam: Brian, Mike, Dive oraz Nick. Oni pewnie nie chcieliby dla ciebie tego samego, co szykuję dla nich, jeśli się nie zgodzisz. Chyba, że się mylę? – podstępny drań!

Queen zamarł. I tutaj go miał.

Jego ojciec był znany z korzystania z wielu środków ostrożności. Między innymi lubił się zabunkrować za swoimi misternymi planami od A-Z.

Był rozdarty.

Nie wiedział, co ma robić.

Przynajmniej tatuś nic nie wiedział o Darrenie. Chociaż czort go tam wie, jakie asy jeszcze trzyma w rękawie.

***
Chłopak cały czas opowiadał im tak, jak obiecał, o wszystkim, co potrzebowali wiedzieć, aby odbić Quentina. Młody mężczyzna nadal był przytrzymywany przez Alexandra.

Na zewnątrz budynku lwy przechwyciły trolla w swoje szczęki, powalając go przy tym na ziemię. Wilki okrążyły ich i zaczęły warczeć, poszczekując od czasu do czasu.

- Jesteś pewien, że to już wszystko, co chciałeś nam powiedzieć? – zapytał chłodno.

- Tak.

- Na pewno?

- Po co miałbym kłamać? I tak umrę. I tak mnie to nie obchodzi.

Darren w duchu przyznał mu rację. Po co miałby kłamać i życzyć sobie śmierci? Poza tym, vampir wyczułby, gdyby skłamał.

- Dlaczego tak bardzo chcesz umrzeć?

- Mówiłem już. – odpowiedział spokojnie. Nawet nie zrobił na nim wrażenia widok dwóch rosłych mężczyzn, uzbrojonych w kły – uniósł  tylko brwi w górę, lekko marszcząc swe czoło. 

– Od dawna tego pragnę. Miałem tylko skończyć tę misję. Nie cierpię zostawiać niedokończonych spraw.

- Gdzie poznaliście się ze Starszym?

- Kiedy byliśmy w pace. – wzruszył ramionami. – Tak się złożyło, że razem z Instruktorem, Dragiem i Strongiem dzieliliśmy celę i skończyliśmy odsiadkę równocześnie, mimo że nie wpadliśmy wszyscy razem. Starszemu zostało wtedy osiem lat. To było trzy lata temu.

- Teraz ma jeszcze pięć. Ile miał odsiadki?

- Dwanaście z tego, co wiem. – odpowiedział w zamyśleniu. – Nie chwalił się.

- Dlaczego… - potrząsnął głową. – Nie spotkaliście się wcześniej?

Coś mu tu nie pasowało. Skoro wszyscy siedzieli w tym samym czasie, to jak to możliwe, że poznali się dopiero na koniec ich kary?

Tak przynajmniej twierdził Podrzędny.

- Dopiero wtedy go przenieśli. – powiedział po prostu, jakby to było oczywiste.

- Więc Starszy siedział już cztery lata. – mówił cicho, jakby do siebie. – Dlaczego w takim razie, skoro została mu już mniejsza część kary, chce zwiać? Czemu nie zrobił tego wcześniej? – powiedział już na głos.

- W pudle jest wygodnie. – znów wzruszył ramionami. – Może nawet lepiej, niż na „wolności”? – zamyślił się.

- Pomijając bójki o nic i to, że musisz pilnować swojej dupy, by ktoś nie zrobił z niej spustnika, nie tylko dla własnego użytku… To fakt, musi być tam całkiem przytulnie. – wtrącił dotąd milczący Alexander, a kiedy chłopak spojrzał na  niego z podniesionymi, zmarszczonymi brwiami, dodał: - Widziałem na filmach.

- W takim razie, skończ je oglądać, bo pieprzysz od rzeczy. – Alex syknął na niego, ale w jego czarnych oczach było widać, że także jest rozbawiony. – Teraz ponoć ma coś ważnego do załatwienia na zewnątrz i mimo że może jest mu tam wygodnie, musi zrezygnować z zakładu i się w końcu wydostać. Tego chłopaka mieliśmy mu dostarczyć, właśnie dlatego. To on ma mu w tym pomóc. – dokończył to, co zostało mu przerwane.

- Ale przecież George Dark jest bogaty.

- Tak, ale w pace miał się z kim użerać. Odkąd jego syn uciekł z domu, stracił sens życia, nie mając na kim się wyżyć.

- On ma syna? – zdziwił się.

- Tak – zmarszczył brwi. Myślał, że skoro skojarzył faceta z nazwiska, kiedy wcześniej je wymienił, to wie o nim coś więcej. Czyżby się pomylił? – Nie wiedziałeś?

- Znam tego typa od trzydziestu lat, a nigdy się o tym nie dowiedziałem. – powiedział w zamyśleniu.

Nagle wszystko się zaczęło dla niego układać; świadomość uderzyła w niego z siłą rozpędzonego pociągu. Że też wcześniej nie wpadł na to rozwiązanie, choć było ono tak oczywiste!

Czyli zbieżność nazwisk nie była przypadkowa. Nawet o tym nie pomyślał. Pluł sobie w brodę za swoją lekkomyślność.

- Quentin Dark jest synem Georga Darka. – powiedział głucho.
Wtem usłyszeli głośniejszy warkot z zewnątrz i bardziej natężone odgłosy szczekani.

- A Ochroniarz?

- On był tutaj, kiedy tu sprowadziliśmy. Można by powiedzieć, że przeprowadziliśmy dla niego „casting” do naszej paczki, a on dobrze się spisał i od tamtej pory można by powiedzieć, że ten hangar to taka nasza kwatera. Ale ja wolę określenie: więzienie na wolności. – uśmiechnął się krzywo.

Zapadła chwilowa cisza.

Na zewnątrz usłyszeli trzask, wszyscy zmienni zawyli, a później zapadła głucha cisza, przerywana tylko ich głosami. Darren już wiedział, że troll nie żyje. Nie miał im tego za złe, przecież sam planował go zabić, kiedy by z nim skończył.

- A co z tym Kevinem Blackiem? Znacie go? Współpracujecie? – zapytał, przypominając sobie nazwisko fagasa, który miał czelność próbować zmusić jego partnera do seksu. Queen opowiadał mu także o nim. Teraz wydało mu się, że nie popełni błędu, pytając o niego jego obecnych oprawców.

- Kevin… On nas głównie naprowadził na ślad tego chłopaka. Wprawdzie byliśmy już blisko tropu, ale spotkaliśmy jego. Powiedział, że będziemy mogli go sobie wziąć - vampir warknął, nie mogąc się powstrzymać. – jeśli  pozwolimy mu dokończyć swoje sprawy. Tak zrobiliśmy. Kilka dni później, w nocy zażądał spotkania, na które stawił się poobijany. Wściekły powiedział, że „Ta dziwka już mu się do niczego nie przyda”.
Stone potrzebował chwili, aby się uspokoić. Dobrze pamiętał ten dzień, a raczej, jak zauważył mężczyzna, noc. Tego dnia poznał Quentina i pomógł mu się obronić przed nierównym atakiem napastników.

Spojrzał w końcu na Podrzędnego. W jego spojrzeniu dostrzegł tylko smutną akceptację.

- Teraz zapewne moja kolej, racja? – zapytał lekko się uśmiechając, a na jego twarzy pojawił się wyraz wskazujący na błogi spokój.

- Mógłbym cię nawet, facet, polubić, gdybyś nie porwał partnera mojego przyjaciela. – powiedział Alexander. Już go nie trzymał. Obaj wiedzieli, że nie ma potrzeby.

- Może w przyszłym życiu? – spojrzał na niego. – Może nie będę takim sukinsynem.

- Dla ciebie przyszłym. Dla mnie będzie to samo. Będę czekał.

Darren już się do nich zbliżył, kiedy chłopak podniósł wzrok na niego i zapytał z błyskiem w oku:

- Mogę mieć ostatnie życzenie? – zapytał trochę nieśmiało.

Vampiry spojrzały po sobie, po czym zgodnie podjęły decyzję.

- Możesz.

- Daj mi coś na przyszłe życie. – poprosił Alexa, stając na palcach i łapiąc go uwolnioną ręką za tył głowy.

Czarnooki się pochylił nad nim i złączył ich usta w namiętnym, obiecującym pocałunku.

Blondyn odwrócił wzrok, uśmiechając się pod nosem. Jego przyjaciel, jak czarnooki go określił, wreszcie odzyska swą nadzieję i będzie miał na co czekać. Na kogo.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Serce na Granicy Mroku: Rozdział 13

Witam! 
Troszkę spóźnione, ale życzę wszystkiego dobrego z okazji Dnia Dziecka! :) Nie ważne, ile ma się lat, ważne, aby nigdy nie utracić tej dziecięcej niewinności, wesołości i zdolności szybkiego i w miarę bezbolesnego wybaczania! :D

Wszystkiego dobrego, całuski oraz zapraszam do czytania! :*


PS Publikując ten rozdział nie mam na celu obrażenia niczyich uczuć religijnych czy jakichkolwiek, a rozdział ma charakter czysto fantazyjny. 


--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Quentin Dark szedł długim, obskurnym korytarzem w zakładzie karnym. Był prowadzony przez dwóch mięśniaków, którzy jakiś czas temu wpakowali go do dużego auta, by przywieść go tutaj, a przed niemi szedł rosły, dobrze zbudowany, barczysty facet. Na pewno nie była to policja, ani żadna ze „służb specjalnych”, a on nie był niczemu winny. Wiedział to, bo nawet jeśliby coś zrobił, to tacy czy inni agenci nie trzymaliby go w hangarze, tylko od razu przywieźliby go do podobnej placówki.  Pozostawało więc pytanie, po co tutaj są? Należało czekać, a odpowiedź – jak to często bywa – przyjdzie sama. Oby się nie mylił.

Całe pomieszczenie prezentowało się ohydnie; lampy jarzeniówki na białym suficie brzęczały, buczały, mrugały – i czort wie, co jeszcze – jak to na jarzeniówki przystało. Ściany pomalowane na obrzydliwy odcień zieleni połyskiwały w sztucznym świetle, a farba ubrudzona  gdzieniegdzie zaschniętą krwią odpadała dużymi płatami od murów. Podłoga wyłożona była betonowymi płytami.

Ogólnie – wszystko tutaj wyglądało, jak korytarz szkolny. Różnica jednak polegała na tym, że jak gdyby wejść przypadkiem, do któregokolwiek z pomieszczeń, znajdującego się za drzwiami, od których wręcz aż się tu roiło – nie uczniowie będą siedzieli w ławkach. Nie dzieci będą niesfornie grały nauczycielom na nerwach. Tylko dorośli faceci, z którymi nie warto zadzierać, a pomysły swej niepochlebnej egzystencji podobno dzielą z samym diabłem. 

Na końcu podłużnego pomieszczenia facet na przedzie skręcił w prawo, kierując ich do jednego z pokoi. Weszli przez wąskie drzwi do niewielkiego pomieszczenia, w którym jedynymi meblami był mały stolik i dwa krzesła, ustawione przodem względem siebie, po dwóch przeciwnych stronach mebla. Na jednym z nich siedział mężczyzna przed pięćdziesiątką. Obok niego na baczność stał strażnik o bardzo wątłej budowie ciała, co jego chuda sylwetka jeszcze bardziej uwydatniała; jego mundur prawie że wisiał na kościstym ciele. 


Mężczyzna siedzący na krześle, zauważając swoich oczekiwanych gości, spojrzał na strażnika z nieodgadnionym wyrazem twarzy i skinął pewnie głową. Ten spuścił posłusznie głowę, kontemplując swoje buty i wyszedł, nie patrząc na przybyłych, na zewnątrz pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Dokładnie tak miał zrobić - zgodnie z umową. W myślach uśmiechał się przebiegle, nie mogąc ukazać tego na swym obliczu. 

Ciekawe, co można uczynić niewielkim zwitkiem banknotów. Ile ludzie są w stanie zrobić dla pieniędzy, ile poświęcić. W tych czasach każdy jest łasy na łatwą zwierzynę. Praca, moralność - to wszystko schodziło na dalszy plan, kiedy w grę wchodziły pieniądze. Przekonał się o tym już dawno temu i wykorzystywał swoją wiedzę i cwaniactwo przeciw nim samym. Ludzie byli naiwnymi głupcami. 


Spojrzał na swoich gości. Uśmiechnął się do nich chłodno, a jego wzrok powędrował na młodego mężczyznę, którego kazał odnaleźć i sprowadzić do siebie. Chłopak miał skrępowane ręce tak samo, jak on sam, tylko on był dodatkowo przywiązany do krzesła, a nad młodym panowało tych dwóch ciołków, o czym zdążył się przekonać. 


- Witaj - odezwał się pierwszy, bo swym podwładnym dość szczegółowo wytłumaczył, jak będzie wyglądał ich los, jeśli targnęliby się podważyć jego autorytet. W ten sposób miał ich pod kontrolą. Jak się nie ma wystarczająco rozumu, by samemu się sobą zająć, to przynajmniej należałoby mieć nad sobą kogoś, kto takowe umiejętności posiada. - Dawno się nie widzieliśmy, nieprawdaż? - zapytał parszywie, zauważając już wcześniej reakcję, na jaką wpływ wywarł jego głos, zapewne już zapomniany przez tego chłopaka.


Wreszcie podniósł wzrok na starszego mężczyznę. Zamarł. Upewnił się w swoich przypuszczeniach. Poczuł, jak krew odpływa z jego twarzy, kiedy ponownie spojrzał w te przepełnione nienawiścią oczy. Miał złudą nadzieję, że już nigdy w życiu nie będzie musiał patrzeć na tego faceta. Wyrządził mu więcej krzywdy, niż wszyscy ludzie z jego otoczenia razem wzięci, a i oni go specjalnie nie oszczędzali. 


- Widzę, że nadal, wbrew pozorom, mnie pamiętasz... Synku. - ostatnie słowo prawie wypluł na betonową podłogę pomiędzy swoimi kolanami. 


Queen szarpnął się niespodziewanie w uścisku dwóch osiłków, ale oni go nie puścili. Warknął sfrustrowany, a jego nienawistny wzrok nie odstępował faceta-który-go-spłodził ani na sekundę. Nie spuszczał gardy, mimo swego bólu spowodowanego ich ponownym spotkaniem. 


- Och, ranisz mnie tym spojrzeniem! - udał poruszonego Starszy. Jednak wszyscy zgromadzeni wiedzieli, że gra w swoje chore gry. Instruktor miał ochotę parsknąć, ale powstrzymał się, po krótkim zastanowieniu nad konsekwencjami. - Mam cię tu po to, abyś mi pomógł. - spoważniał.

- W przyszłym życiu nigdy! - odwarknął hardo Quentin, za co został nagrodzony bliskim kontaktem swego policzka z kościstą pięścią tego, który ich tu przyprowadził. Jego głowa okręciła się nieznacznie w drugą stronę. Splunął i znów się szarpnął, lecz więzy na nadgarstkach zacisnęły się jeszcze mocniej, wpijając i przecierając skórę. Zapiekło, ale nie dał tego po sobie poznać. Był zbyt dumny, by to pokazać po sobie. Tym bardziej przed jego ojcem.


- Widzę, że nabrałeś niepoprawnej pewności siebie. Zadbam, abyś nie wyobrażał sobie zbyt dużo. - uśmiechnął się krzywo. - Wracając do tematu, który przerwałeś - nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem - przydasz mi się, synku - zaczął, lecz znów nie dane mu było skończyć.


- Nie jestem twoim "synkiem". - znów warknął młody chłopak, zadziwiająco spokojnie, biorąc pod uwagę, że coś w nim właśnie pękło i nie miało to związku z wzruszeniem. Wręcz przeciwnie. - Tak samo, jak ty nie jesteś moim "tatą", nie pamiętasz? - syczał cedzone słowa. - Wyrzekłeś się mnie prawie dziesięć lat temu. A to się równa u ciebie z brakiem prawa zwracania się do mnie w ten sposób. - kolejny cios w szczękę. Jeszcze kilka, a jego kości tego nie wytrzymają, pomimo że zawsze były silne. Ale było warto. 


- To ty, synku, nie masz prawa wywodzić mi o moich, nie mając o niczym takim pojęcia. - Starszy tracił już cierpliwość. - A teraz wysłuchasz grzecznie tego, co mam ci do powiedzenia, po czym spokojnie opuścisz to miejsce wraz z moimi chłopcami, wypełnisz WSZYSTKIE moje polecania, a później... cóż, to się jeszcze okaże. 


***

Wilki zawyły na zewnątrz militarnego budynku, dając tym samym znak wrogowi o swojej obecności. Wszystko mieli skrzętnie przemyślane i ustalone między sobą. Jednak fakt, że terenu pilnował troll, mimo pozorom im wszystko znacznie ułatwiał. Trolle są mało subtelnymi stworzeniami w swojej istocie, a temperament i "testosteron" znacznie przewyższa u nich swoim wskaźnikiem wskaźnik IQ. O ile można tu o takowym w ogóle powiedzieć, biorąc pod uwagę nie-ludzi. Każda rasa ma swoje indywidualne "normy inteligencji". 

Dźwięk, wdzierający się przez uszy o czaszki i przeszywający ją na wylot swym zawodzeniem, dał im znak do przygotowania się na atak. Przyjęli pozycje bojowe, nie wychodząc jednak z cienia. W oddali słychać było echo ciężkich kroków. Nie mieli wątpliwości, co do tego, że musiał to być owy troll. Na dworze dało się nie tyle słyszeć, co czuć, poruszenie pomiędzy ich futrzastymi towarzyszami. Każdy z nich z osobna zamarł, gdy atmosfera gęstniała wraz ze zbliżającymi się krokami. 


Ogromny nie-człowiek przebiegł pomiędzy nimi przez przedsionek, nawet nie zwracając uwagi na intruzów wewnątrz budynku, którzy tylko popatrzyli na siebie z nietęgimi minami, by zaraz zrozumieć, dlaczego troll przebiegł obok nich obojętnie. Zaraz za stworzeniem do małego pomieszczenia wbiegł człowiek. Towarzysze Darrena rzucili się na niego, przytrzymując mężczyznę przy ścianie. 


Przyparty do zimnych murów, trzymany za krtań, dławił się przez moment, zanim silny uścisk nie przeszedł na barki. Nawet nie próbował się wyrywać. Widział przewagę przeciwników i rozważnie stwierdził, że lepiej dla niego,  jeśli teraz posłusznie zrobi, co mu karzą, modląc się o wybaczenie do Boga, w którego wiarę musiał w pudle przejąć od Starszego. 


Ha! Cóż za ironia. Facet, który wyrządził tyle krzywdy swym bliźnim, kierując się chęcią posiadania; unosząc się dumą i pychą - starał się wpoić im szacunek (do niego, rzecz jasna) i "nauki" Boże. Śmieszne. Jednak cóż można by poradzić, jeśli większość "wierzących" wyrządzają czasem większą krzywdę, niż ci "niewierzący"? Ci drudzy przynajmniej dają żyć innym od siebie, w przeciwieństwie do co niektórych z tej pierwszej ligi.  


Zadziwiająco piękny mężczyzna, o lodowatych, jaskrawo-błękitnych oczach, podszedł do niego i przyjrzał się dokładniej z bliska jego twarzy. Starał się, aby nie wyrażała strachu - tak nakazywał mu honor, ale też, by nie wyglądała wyzywająco, nie chciał prowokować przeciwników do ataku. Miał nadzieję rozegrać to najbardziej pokojowo, na ile to możliwe. Nie miał siły walczyć, a z nimi  i tak na pewno nie miałby szans. 


- Gdzie jest chłopak? - padło jedyne pytanie z jego ust. Tylko tyle go interesowało. Musiał go znaleźć. Bez Quentina Darka jego życie nie miało sensu; nie widział potrzeby życia, nie umiał bez niego żyć. Tylko on go trzymał na tym chorym świecie. 


- Chłopak... - zmarszczył brwi. - Instruktor zabrał go razem z dwoma pomocnikami do Starszego, czyli gościa, który od początku kierował całą tą akcją. Aktualnie siedzi w pace. - nie miał powodu tego ukrywać, skoro i tak już pogodził się z faktem, iż pewnie zginie szybciej, niż wszyscy przypuszczali. Od zawsze wszyscy mieli go za cwaniaka, który z każdej sytuacji wyjdzie cało. Tymczasem on miał tego wszystkiego serdecznie dość.


- Podaj adres zakładu.


Podał. Miał gdzieś, co z nim zrobią. A może przy okazji im się uda. Kto wie?


- Widzę, że nie trudno przychodzi ci dzielenie się z nami takimi informacjami. - powiedział nieufnie. -  Co takiego knujesz?


- Chcesz go uratować, prawda? - pytanie retoryczne; doskonale znał odpowiedź, dlatego mówił dalej: - Jestem w stanie wyśpiewać ci wszystko, co chcesz wiedzieć, w zamian, za jedną przysługę. 


- Jaka to przysługa? - zapytał podejrzliwie piękny.


- Zabij mnie - padła poważna odpowiedź.


- Nie musisz o to prosić. - zakpił.


- Ale upewnij się, że nie żyję, okej? 


- Dobrze - odparł po chwili zawahania. - Czemu  tak bardzo ci na tym zależy? 


- Bo albo zrobisz to ty, albo poradzę sobie sam. Ale szczerze się przyznam, że wolę tę pierwszą opcję. - powiedział spokojnie, po czym zaczął mówić, co miał do powiedzenia.